Rozdział I
7:10. Mój Boże, spóźnię się do pracy! W zeszły wtorek, gdy
mi się to zdarzyło, szef spojrzał na mnie spode łba, następnie wyprostował się,
uniósł brew (jakby kpiarsko) i wycedził:
- To już ostatni raz. Następnym… wyrzucę panią.
Co miałam robić… udając zawstydzenie, natomiast nie kryjąc zażenowania bąknęłam:
- Przepraszam, to się już nie powtórzy.
- Co też panią zatrzymało, jeśli mogę wiedzieć?
- Tramwaj mi uciekł… - najnędzniejsza z nędznych wymówek, szlag!
- Niech pani zatem nauczy się… szybko biegać. – odparł lodowatym
tonem
Nie odpowiedziałam, nie chcąc pogorszyć mojej i tak już beznadziejnej sytuacji. Zabrałam się
więc do odpisywania na służbowe maile i
porządkowania faktur. Z transu pracy wyrwał mnie telefon. Bynajmniej nie
oficjalny. Nim spojrzałam na ekran mojego Iphona wiedziałam już , czyj numer
tam ujrzę. Marek. Mój były, przyszły , niedoszły? Bóg jeden wie.
- Hej, ciii… nie mogę teraz rozmawiać. Jestem w pracy. –
szepnęłam przez zaciśnięte zęby do
słuchawki, po trochu zdenerwowana, ale i nieźle podekscytowana.
- Wiem. Chcę cię tylko poinformować, że jutro będę w
mieście. – odparł spokojnym głosem. Zdawać, by się mogło, że dla niego ta
rozmowa to czysta formalność, jakby przekazywał tą informację już setny raz
dzisiejszego dnia. Ta myśl nie była krzepiąca.
- Ok. Zadzwoń wieczorem to ustalimy co i jak. –
wymamrotałam, spoglądając cały czas nerwowo w stronę drzwi. Nie chciałam, by szef
po raz wtóry przyłapał mnie dziś na jakiejś niesubordynacji.
- Oczywiście. Miłego dnia. – nadal ten bezbarwny, opanowany
ton. Zaczynało mnie to martwić. Równocześnie moje serce biło jak
szalone, a ręce i nogi miałam jakby z waty. Zastanawiałam się, czy jestem gotowa
ujrzeć tego człowieka, przebywać z nim oraz rozmawiać, po tym wszystkim co mi
zrobił. Czy będę potrafiła spojrzeć mu w
twarz bez lęku i załatwić wreszcie to, co ciągnie się już tyle długich
miesięcy? Tego nie byłam na tą w chwilę w stanie przewidzieć. Wiedziałam jedno;
chcę go widzieć.
- Nawzajem. Do później. – pożegnałam go prawie bezgłośnie i
rozłączyłam się. Jak ja teraz wrócę do racjonalnej pracy? No nic, będę zmuszona
znów cały dzień tylko udawać, że coś robię. Otworzyłam ponownie skrzynkę
mailową i chcąc znaleźć sobie jakieś niewymagające myślenia zajęcie, zaczęłam
usuwać starą korespondencję. Myślami byłam zupełnie gdzieś indziej. W parku
miejskim, zeszłego lata, w ciepły, wilgotny wieczór. To tam się rozstaliśmy po
raz pierwszy. (Tak, tak… było też drugie i trzecie, ale teraz nie o tym. )
Usiłowałam przypomnieć sobie, co też mną
kierowało tamtego dnia. Przecież wówczas
Marek nie był jeszcze taki najgorszy. Spóźniał się co prawda, nie dbał o mnie,
zapominał o ważnych dla nas sprawach, no i niepochlebnie wyrażał się o mojej
przyjaciółce, aczkolwiek nijak się to ma do późniejszej zdrady, co było przyczyną
rozstania numer dwa. Postronny obserwator pomyślał by sobie zapewne, że jestem
jakąś idiotką, bo kto by wytrzymał tyle z takim okropnym typem. Jednakże mną
kierowały wówczas emocje. Nie uczucia. Miłość, która się kończy to nie miłość.
Byłam więc wtedy po prostu cholernie zakochana, a następnie bezgranicznie
zraniona. To mną kierowało. No tak już
sobie przypomniałam. Rozważmy teraz aspekt numer dwa; po co do niego wróciłam ?
W sumie to nie powinnam, ale gdy tylko napomknęłam komuś o powodzie naszego
rozstania, to mój rozmówca spozierał na mnie z niedowierzaniem i starał się mi
uświadomić, że przecież spóźnianie się i zapominanie o drobnostkach to nie
powód do rozstania. Wyzywali mnie od niedojrzałych. Ja tylko wzdychałam i
kręciłam głową. Nie wiedzą jak to jest, gdy własny facet zapomina o twoich
urodzinach. Uśmiechałam się tylko nieszczerze i mówiłam: „No wiem”, ale nie
wiedziałam. W końcu jednak ich posłuchałam i wróciłam do mojego Pana
Zapominalskiego. Nie ukrywał radości, gdy ujrzał mnie tamtego dnia pod swoim
blokiem. Kupił mi nawet kwiaty. Cudnie.
Pachniały okropnie, były to bowiem stare narcyze. Kwiaty zazdrości. Co
on mi tym chciał do cholery uzmysłowić?! Nie chciałam tego wiedzieć.
No i tak to z nami było. Ach te powroty. Nie było wprawdzie
najgorzej. Starał się przez jakieś dwa tygodnie, a potem znowu wszystko poszło
się kochać. I nastąpiło rozstanie numer…
- Cholera Kaśka rób coś! – z rozmyślań wyrwał mnie głos
przełożonej. Stała teraz nade mną i usiłowała zabić wzrokiem.
- Piszę właśnie raport. – odparłam zdezorientowana,
poprawiając odruchowo koka.
- No widzę właśnie, że piszesz. Ten sam od godziny.
Kochanie, my tu nie śpimy, my pracujemy.
– pouczyła z wyraźnym cynizmem. Cholera by ją! Jak to od godziny?
Spoglądam na zegarek. Pięćdziesiąt dwie minuty temu naniosłam ostatnią
poprawkę. Zaokrąglenia powinny być karalne.
- Już kończę.
- Mam nadzieję, chcę to mieć za pięć minut.
W pięć minut to ty sobie możesz zapewnić kolejny awans u
szefa- pomyślałam.
- Oczywiście już się robi. – odparłam kolejny raz tego dnia
pozorując poczucie winy. Szlag by z tą pracą. W nowym roku znajdę sobie coś lepszego.
Ta, mam pewne…
Chcąc nie chcąc zaczęłam pisać ten raport, chociaż nie,
pisać to szumnie powiedziane. Zamknęłam skrzynkę mailową i otworzyłam
Google. Już nie pierwszy raz miałam
skorzystać z gotowca. Pozmieniałam tylko dane i już. Klik. Wysłano do
przełożonej. Wróciłam do rozmyślań. Jutro w końcu go ujrzę! Tylko… w co ja się
ubiorę? Niepostrzeżenie wyciągnęłam telefon i wystukałam: „Agnes potrzebuję
twojej pomocy, shopping maybe? ‘’ . Wysłałam. Nie musiałam długo czekać na
odpowiedź. Nie kontrolując w pełni tego, uśmiechnęłam się do samej siebie. Może
w końcu zacznie się układać. Zdawałam sobie jednocześnie sprawę z tego, że prawdopodobnie jestem po prostu głupia. Znowu. Nie, idiotą jest się przez całe życie. Jednakże, coś, jakaś niewidzialna siła przyciągała mnie do tego człowieka. Mimo wszystkich naszych niedopuszczalnych historii nie potrafiłam go skreślić, ot tak, dla grymasu. Musiałam się na sto procent przekonać, że nie jestem w stanie wytrzymać z nim ani sekundy dłużej. Byłam zmuszona przez siebie samą poddać się testowi wytrzymałości, niczym Porshe z nowej kolekcji kuloodpornych "wynalazków". Masochistka? Nie, tak bym siebie nie nazwała. Bardziej egoistka, bo przecież poniekąd i ja go ranię. Och gdybym mogła się rozdwoić; jedna Ja byłaby z nim, a druga nie. Urządzałyby spotkanie raz w tygodniu i referowały przebieg życia. Wtedy przekonałabym się w końcu, która ma lepiej. Mam przeczucie, że znam już odpowiedź na to pytanie. Obie miałyby tak samo fatalnie. Ile bym dała za to, żeby on znormalniał, dojrzał, dorósł. Może tym razem? Mój wewnętrzy głos krzyczał mi "głupia! idiotka! kretynka! " , ale nie słuchałam go. Wyłączyłam myślenie, a ożywiłam nadzieję. W końcu to moja matka.