Rozdział III
Jest dobrze. Bardzo. Przyjmując kryteria sytuacyjne oczywiście. Przestałam już płakać. Trzęsłam się tylko i oddychałam zachłannie, nierówno. Wdechy nie przynosiły mi jednak ulgi, cały czas zdawało mi się, że zaraz się uduszę. Kolejnym krokiem w wracaniu do normalności było wstanie z posadzki. Skontrolowałam czas. Matko, już siódma. Zaczęłam się denerwować, jak przed egzaminem. Nie, wróć. To nie ten rodzaj stresu. Przyszło mi do głowy trywialne porównanie; stresowałam się jak kiedyś, przed wizytą księdza, gdychodził po kolędzie. Oczywiście, co by tu mówić, nie ta skala, ale jednak... TO oczekiwanie na COŚ nieprzyjemnego, przymusowego. A może w ogóle nie zadzwoni? Mój Boże, byłam wsprost żałosna. Powinnam go już dawno mieć w poważaniu, kopnąć w tyłek, zapomnieć o nim, zostawić! Tak zrobiłaby szanująca się kobieta. Ja najwyraźniej do takich nie należałam. Ba, na pewno! Czułam to do samej siebie.
Wstręt, złość, litość, a mimo to i tak zawsze mnie wielce dziwiło dlaczego inni obchodzą się ze mną jak... Nie! Znowu będę płakać. Ta idiotka przeprosiła by każdą inną osobę, oprócz ciebie. To nic, że później cię wszystko bolało. Ale jaki to ma związek z Markiem?! Żaden. Tyle... że on niegdyś postąpił tak samo. Moje życie to pasmo podobnych do siebie sytuacji. Zawsze w swoim mniemaniu postępuję dobrze, ale nie odnosi to żadnych skutków. Ja jestem miła dla innych, a oni mnie ranią. I tak w kółko. Mam się nad SOBĄ zastanowić?! Chore. Nie... może to ja jestem chora? Nikt nigdy mi nie powiedział, żebym poszła do psychologa. [Oprócz mojej matki, ale to ona sama była psychiczna (bo niby bicie swoich dzieci jest normalne?) więc miałam jej zdanie gdzieś.] Jedyną osobą, która już od dłuższego czasu, życzliwie mi radzi, ażebym udała się do specjalisty byłam ja sama. Dlaczego? Nie kontrolowałam już swoich zachowań, coraz częściej popadałam w depresję, prawie codziennie myślałam o śmierci. Mało powodów? Najgorsze jest to,
że nikt tego nie zauważa. Ludzie mówią mi "przecież ty zawsze jesteś uśmiechnięta". CO?! Kiedy ostatnio szczerze się uśmiechałam? Nie pamiętam. Chodzę zdeprechowana, ale nikt tego nie zauważa. Jak próbuję mówić o swoich problemach, to albo nie słuchają, albo mają gdzieś! Mniemam, że pani psycholog zrobiłaby to samo. Już ją widzę; piszącą SMS-y w trakcie, gdy ja opowiadam o moich schizach.
Niedoczekanie! To by mnie wykończyło jeszcze szybciej. A chcę żyć. Bo na horyzoncie tli się jeszcze promyk nadziei.
***
Godzinę później siedziałam już, jak na szpilkach. Stwierdziłam, że wszystko jest możliwe, toteż ubrałam się w miarę przyzwoicie i zrobiłam na nowo makijaż (wiecie, co się stało z poprzednim). "Nie zadzwoni! Faceci to kłamcy." - podpowiadał mi mój mózg. A ucisz się cholerniku.W mojej głowie kłębiły się setki pytań. Dlaczego? Co? Z kim? Kiedy? Mam chorą nadzieję, że mi na nie odpowie. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to jutro się z nim zobaczę. Dwa bite w pysk miesiące rozłąki. Po obojętności jego głosu stwierdzam, iż dla niego to była pestka. Ot, chłodny wietrzyk w upalny dzień. Dla mnie to była Sahara; emocjonalna i mentalna.
W chwili, gdy elektroniczny zegar, wbudowany w wideo wybił 20:00 gdzieś pomiędzy żebrały coś mnie ukłuło. Mój oddech przyspieszył. Nigdy nie umiem w pełni oddać tego stanu. Wyobraź sobie, że twoja praca magisterska, bez kopii zapasowej usuwa się w całości. Zauważasz to dopiero dzień później. Ta pierwsza sekunda, po spostrzeżeniu jest TYM uczuciem.
Przesiedziałam na sofie całą minutę, trzymając w ręku mojego Iphona. I kolejną. Następną. Gdy wybiła 20:08 zaczęłam się irytować. Sprawdzałam co chwilę, jak nienormalna, czy aby nie ściszyłam telefonu. "Zaraz. Wytrzymaj". Nie! Nie chcę być znowu zapomniana, oszukana. Nie wiem co gorsze. Kolejne złudzenie, porażka. Czy ja kiedykolwiek zmądrzeje? "On nie zadzwoni" powiedziałam do samej siebie zgorzkniale, wpatrując się w jeden punkt i kręcąc bezwiednie głową. Znowu te głupie łzy. Wyszłam do łazienki się z nimi uporać. Ochlapałam rozgrzaną twarz. Lodowatą wodą, tak aby zmyć z siebie to uczucie gorąca. Zza szumu lecącej wody, dało się usłyszeć, jakąś piosenkę. Czy radio same mi się włączyło? To Chandelier. Lubię tą piosenkę. Ku*wa! To przecież dzwonek telefoniczny. "Czekaj" krzyknęłam w biegu. W niecałe trzy sekundy byłam z powrotem w salonie. Rzucając się na sofę w ostatniej chwili odebrałam.
- Halo? - rzuciłam trochę za głośno, biorąc głęboki oddech.
- Hej, biegałaś? Tak dziwnie sapiesz. No w każdym razie będę jutro nie? Jak chcesz, to możemy się ustawić. Na rynku o 14 pasuje? A nie, ty masz pracę. Cholera, o 16 mam spotkanie. - wyrzucił z siebie jednym tchem, niedbale. Taki słowotok. Zatkało mnie.
- Hej. Nie. U mnie w porządku. - przecież on cię o to nie pytał! - Nie mam pracy, więc może być o 14. - odparłam lakonicznie.
- Jak to nie masz, a dziś gdzie byłaś? Nie, o 14-tej nie może być, bo idę ze starym kumplem ze szkoły na piwo. Może by tak...
- Nie mam pracy, wywalili mnie dzisiaj. - przerwałam ten idiotyczny wywód.
- Co ? - no w końcu jakaś reakcja, brawo! Dało mi to nadzieję, że jednak mnie wysłucha.
- Szef chciał mnie wykorzystać. Zwróciłam mu uwagę. Wyrzucił mnie. - ot trzy proste zdania, w wypowiedzenie których wykorzystałam całą swą energię. Każde było wyartykułowane z przesadną wręcz dykcją, lecz bez emocji. Marek jakby dalej nie wiedząc o czym mówię podsumował:
- Widzisz, nie trzeba było zwracać, masz nauczkę. Wracając do tematu, to o 14-tej też nie mogę.
- Czy. Ty. Chcesz. Się. W ogóle. Ze. Mną. Spotkać? - każdą kropkę tu należy traktować jak wzięcie głębokiego oddechu. Gotowało się we mnie. No teraz, to już przesadził po całości. Czy on mnie nie słucha, a może uważa, że lepiej dać się wykorzystać dla dobra pracy? Już nie wiem co gorsze. Zaciskając mocno powieki i krzywiac twarz w takim grymasie, którego jak mniemam nie oddaje nawet najstraszniejsza maska, czekałam na odpowiedź.
- No właśnie jest z tym problem słuchaj, bo Adam... - odparł udając zmartwionego.
Tego było już za wiele. Zbierając w sobie całą moją złość, frustrację, głupotę i co tam jeszcze było, wrzasnęłam:
- Spier*alaj!
Za głośno. Siła z jaką to wykrzyczałam zepchnęła mnie na ziemie. Rozłączywszy się, przez jedną sekundę
przemknęła mi myśl "Normalni ludzie się tak nie zachowują. Trzeba było mu to powiedzieć spokojnie.
- Wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam... - powtarzałam w kółko jak mantrę. Co ja głupia robiłam sobie nadzieję? Ludzie się nie zmieniają. Nigdy.
Aż nagle... impuls. Sytuacja obróciła się nagle o 180 stopni. Zdawszy sobie sprawę z komizmu
sytuacji, zaczęłam śmiać się, prawie tak zachłannie, jak chwilę temu płakałam. Totalne dziecko, po co on
w ogóle zawracał mi głowę w pracy, jak i tak wiedział, że nic z tego nie wyjdzie. Typowy facet. Zero odpowiedzialności i dojrzałości. To... śmieszne!
Nie wiedziałam, czy to poprawa, czy pogorszenie nastroju, a może po prostu zwariowałam? Podłączyłam telefon do ładowania, poszłam do kuchni zrobić sobie kolację, a następnie usiadłam przed telewizorem. Jak co dzień; nic nowego. Postronny obserwator nie zauważyłby żadnej zmiany. Na mojej twarzy malowała się taka codzienność. Tymczasowe otępienie sprawiało mi niebywałą wprost ulgę. Co możnaby jutro zrobić? Nic nie muszę. Przecież umawiałam się na shopping z Agnieszka, no tak prawie zapomniałam przez tego idiotę! Jeszcze przez chwilę się uśmiachałam. Do czasu, gdy przypomniałam sobie powód zakupów. Odczytałam w wysłanych dzisiejszego SMS-a. Przypomniałam sobie powód napisania go. "W co ja się ubiorę? Jutro w końcu go ujrzę". Ledwie parę godzin temu, a było zupełnie inaczej. Znowu to szatańskie uczucie rozrywania wnętrzności. Nie zobaczę go... Jutro, ani pojutrze. Będzie w mieście, ale nie ma czasu by się spotkać. Bzdura! On nie chce cię widzieć. To po co mi głowę zawracał? Jaki idiota! To wszystko nie ma sensu.
Nigdy nie zrozumiem.
Może by tak stara przyjaciółka?
Nie... dziś będzie bardziej light-owo.
Ćwiartka załatwi sprawę.
***
Obudził mnie blady świt. Leżałam tak nie wiem ile, z narastającym wciąż bólem głowy. Pojedyncze promienie słońca wpadające do pokoju zmusiły mnie do opuszczenia łóżka. Przypomniałam sobie wczorajszy dzień; spóźnienie, nudę, nadzieję, radość, znowu nadzieję i rozczarowanie. Wygodnie mi to tak nazywać. W ogóle uważam się za wygodną osobę; małe niedogodności, a ja już umieram mentalnie. Czas na wizytę u psychologa, czas znaleźć chłopaka. Nie... jedno drugie wyklucza i przeczy. Cholera. Chyba czas powrócić do szarej codzienności. Tak robią normalni ludzie. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że zdrowy na umyśle człowiek poszukałby sobie na moim miejscu nowej pracy. Tak też zrobię. Z moich rozmyślań wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Kto to może być? Pewna dziwnych obaw, a zarazem jeszcze wciąż otępiała po wczorajszym, podeszłam po cichu i spojrzałam przez wizjer. Agnieszka! No tak! Stwarzając pozory uśmiechu otworzyłam.
- Hej kochana! Nie odbierałaś! To jak, dziś zakupy, ale... co się stało? - początkowo optymistyczna, jednakże po chwili spostrzegła, że coś jest ze mną nie tak. Spuściłam wzrok.
- To nic takiego. Nie spodziewałam się ciebie tak wcześnie, wejdź proszę. - odparłam cicho
- Co ty taka oficjalna? Kaśka! - zmarszczyła brwi. Nie lubiła tajemnic. Oj Agnes, lepiej żebyś nie wiedziała. Czemu jestem taką kiepską aktorką? Gestem zaprosiłam ją do kuchni.
- Kawy, herbaty? - spytałam machinalnie
- Ciebie! - odpowiedziała coraz bardziej poirytowana. Że co?
- Yyy? - bąknęłam
- Chcę dawnej Kaśki, szalonej, pyskującej, niepoważnej! - wyrzuciła z siebie jednych tchem. Och nie jestem teraz w nastroju na takie zachowania. Otworzyłam okno, by wpuścić trochę mroźnego powietrza.
- Mam zły dzień po prostu.
- Czy to ma coś wspólnego z... ?
- Nie! Yy znaczy się...nie. - totalnie nie umiałam kłamać
- Czyli jednak! Wystawił cię, znowu? Kopnij go w cztery litery i po sprawie już ci to dawno mówiłam. - pouczała Agnieszka udając mądrzejszą niż jest.
- Nie chcę teraz o tym rozmawiać dobrze? - wycedziłam, po czym zabrałam się za przygotowywanie herbaty, nie pytając czy jej chce.