czwartek, 22 stycznia 2015

Rozdział III

Rozdział III

Jest dobrze. Bardzo. Przyjmując kryteria sytuacyjne oczywiście. Przestałam już płakać. Trzęsłam się tylko i oddychałam zachłannie, nierówno. Wdechy nie przynosiły mi jednak ulgi, cały czas zdawało mi się, że zaraz się uduszę. Kolejnym krokiem w wracaniu do normalności było wstanie z posadzki. Skontrolowałam czas. Matko, już siódma. Zaczęłam się denerwować, jak przed egzaminem. Nie, wróć. To nie ten rodzaj stresu. Przyszło mi do głowy trywialne porównanie; stresowałam się jak kiedyś, przed wizytą księdza, gdy
chodził po kolędzie. Oczywiście, co by tu mówić, nie ta skala, ale jednak... TO oczekiwanie na COŚ nieprzyjemnego, przymusowego. A może w ogóle nie zadzwoni? Mój Boże, byłam wsprost żałosna. Powinnam go już dawno mieć w poważaniu, kopnąć w tyłek, zapomnieć o nim, zostawić! Tak zrobiłaby szanująca się kobieta. Ja najwyraźniej do takich nie należałam. Ba, na pewno! Czułam to do samej siebie.
Wstręt, złość, litość, a mimo to i tak zawsze mnie wielce dziwiło dlaczego inni obchodzą się ze mną jak... Nie! Znowu będę płakać. Ta idiotka przeprosiła by każdą inną osobę, oprócz ciebie. To nic, że później cię wszystko bolało. Ale jaki to ma związek z Markiem?! Żaden. Tyle... że on niegdyś postąpił tak samo. Moje życie to pasmo podobnych do siebie sytuacji. Zawsze w swoim mniemaniu postępuję dobrze, ale nie odnosi to żadnych skutków. Ja jestem miła dla innych, a oni mnie ranią. I tak w kółko. Mam się nad SOBĄ zastanowić?! Chore. Nie... może to ja jestem chora? Nikt nigdy mi nie powiedział, żebym poszła do psychologa. [Oprócz mojej matki, ale to ona sama była psychiczna (bo niby bicie swoich dzieci jest normalne?) więc miałam jej zdanie gdzieś.] Jedyną osobą, która już od dłuższego czasu, życzliwie mi radzi, ażebym udała się do specjalisty byłam ja sama. Dlaczego? Nie kontrolowałam już swoich zachowań, coraz częściej popadałam w depresję, prawie codziennie myślałam o śmierci. Mało powodów? Najgorsze jest to,
że nikt tego nie zauważa. Ludzie mówią mi "przecież ty zawsze jesteś uśmiechnięta". CO?! Kiedy ostatnio szczerze się uśmiechałam? Nie pamiętam. Chodzę zdeprechowana, ale nikt tego nie zauważa. Jak próbuję mówić o swoich problemach, to albo nie słuchają, albo mają gdzieś! Mniemam, że pani psycholog zrobiłaby to samo. Już ją widzę; piszącą SMS-y w trakcie, gdy ja opowiadam o moich schizach.
Niedoczekanie! To by mnie wykończyło jeszcze szybciej. A chcę żyć. Bo na horyzoncie tli się jeszcze promyk nadziei.

***

Godzinę później siedziałam już, jak na szpilkach. Stwierdziłam, że wszystko jest możliwe, toteż ubrałam się w miarę przyzwoicie i zrobiłam na nowo makijaż (wiecie, co się stało z poprzednim). "Nie zadzwoni! Faceci to kłamcy." - podpowiadał mi mój mózg. A ucisz się cholerniku.W mojej głowie kłębiły się setki pytań. Dlaczego? Co? Z kim? Kiedy? Mam chorą nadzieję, że mi na nie odpowie. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to jutro się z nim zobaczę. Dwa bite w pysk miesiące rozłąki. Po obojętności jego głosu stwierdzam, iż dla niego to była pestka. Ot, chłodny wietrzyk w upalny dzień. Dla mnie to była Sahara; emocjonalna i mentalna.
W chwili, gdy elektroniczny zegar, wbudowany w wideo wybił 20:00 gdzieś pomiędzy żebrały coś mnie ukłuło. Mój oddech przyspieszył. Nigdy nie umiem w pełni oddać tego stanu. Wyobraź sobie, że twoja praca magisterska, bez kopii zapasowej usuwa się w całości. Zauważasz to dopiero dzień później. Ta pierwsza sekunda, po spostrzeżeniu jest TYM uczuciem.
Przesiedziałam na sofie całą minutę, trzymając w ręku mojego Iphona. I kolejną. Następną. Gdy wybiła 20:08 zaczęłam się irytować. Sprawdzałam co chwilę, jak nienormalna, czy aby nie ściszyłam telefonu. "Zaraz. Wytrzymaj". Nie! Nie chcę być znowu zapomniana, oszukana. Nie wiem co gorsze. Kolejne złudzenie, porażka. Czy ja kiedykolwiek zmądrzeje? "On nie zadzwoni" powiedziałam do samej siebie zgorzkniale, wpatrując się w jeden punkt i kręcąc bezwiednie głową. Znowu te głupie łzy. Wyszłam do łazienki się z nimi uporać. Ochlapałam rozgrzaną twarz. Lodowatą wodą, tak aby zmyć z siebie to uczucie gorąca. Zza szumu lecącej wody, dało się usłyszeć, jakąś piosenkę. Czy radio same mi się włączyło? To Chandelier. Lubię tą piosenkę. Ku*wa! To przecież dzwonek telefoniczny. "Czekaj" krzyknęłam w biegu. W niecałe trzy sekundy byłam z powrotem w salonie. Rzucając się na sofę w ostatniej chwili odebrałam.
- Halo? - rzuciłam trochę za głośno, biorąc głęboki oddech.
- Hej, biegałaś? Tak dziwnie sapiesz. No w każdym razie będę jutro nie? Jak chcesz, to możemy się ustawić. Na rynku o 14 pasuje? A nie, ty masz pracę. Cholera, o 16 mam spotkanie. -  wyrzucił z siebie jednym tchem, niedbale. Taki słowotok. Zatkało mnie.
- Hej. Nie. U mnie w porządku. - przecież on cię o to nie pytał! - Nie mam pracy, więc może być o 14. - odparłam lakonicznie.
- Jak to nie masz, a dziś gdzie byłaś? Nie, o 14-tej nie może być, bo idę ze starym kumplem ze szkoły na piwo. Może by tak...
- Nie mam pracy, wywalili mnie dzisiaj. - przerwałam ten idiotyczny wywód.
- Co ? - no w końcu jakaś reakcja, brawo! Dało mi to nadzieję, że jednak mnie wysłucha.
- Szef chciał mnie wykorzystać. Zwróciłam mu uwagę. Wyrzucił mnie. - ot trzy proste zdania, w wypowiedzenie których wykorzystałam całą swą energię. Każde było wyartykułowane z przesadną wręcz dykcją, lecz bez emocji. Marek jakby dalej nie wiedząc o czym mówię podsumował:
 - Widzisz, nie trzeba było zwracać, masz nauczkę. Wracając do tematu, to o 14-tej też nie mogę.
- Czy. Ty. Chcesz. Się. W ogóle. Ze. Mną. Spotkać? - każdą kropkę tu należy traktować jak wzięcie głębokiego oddechu. Gotowało się we mnie. No teraz, to już przesadził po całości. Czy on mnie nie słucha, a może uważa, że lepiej dać się wykorzystać dla dobra pracy? Już nie wiem co gorsze. Zaciskając mocno powieki i krzywiac twarz w takim grymasie, którego jak mniemam nie oddaje nawet najstraszniejsza maska, czekałam na odpowiedź.
- No właśnie jest z tym problem słuchaj, bo Adam... - odparł udając zmartwionego.
Tego było już za wiele. Zbierając w sobie całą moją złość, frustrację, głupotę i co tam jeszcze było, wrzasnęłam:
- Spier*alaj!
 Za głośno. Siła z jaką to wykrzyczałam zepchnęła mnie na ziemie. Rozłączywszy się, przez jedną sekundę
przemknęła mi myśl "Normalni ludzie się tak nie zachowują. Trzeba było mu to powiedzieć spokojnie.
- Wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam... - powtarzałam w kółko jak mantrę. Co ja głupia robiłam sobie nadzieję? Ludzie się nie zmieniają. Nigdy.
Aż nagle... impuls. Sytuacja obróciła się nagle o 180 stopni. Zdawszy sobie sprawę z komizmu
sytuacji, zaczęłam śmiać się, prawie tak zachłannie, jak chwilę temu płakałam. Totalne dziecko, po co on
w ogóle zawracał mi głowę w pracy, jak i tak wiedział, że nic z tego nie wyjdzie. Typowy facet. Zero odpowiedzialności i dojrzałości. To... śmieszne!
Nie wiedziałam, czy to poprawa, czy pogorszenie nastroju, a może po prostu zwariowałam? Podłączyłam telefon do ładowania, poszłam do kuchni zrobić sobie kolację, a następnie usiadłam przed telewizorem. Jak co dzień; nic nowego. Postronny obserwator nie zauważyłby żadnej zmiany. Na mojej twarzy malowała się taka codzienność. Tymczasowe otępienie sprawiało mi niebywałą wprost ulgę. Co możnaby jutro zrobić? Nic nie muszę. Przecież umawiałam się na shopping z Agnieszka, no tak prawie zapomniałam przez tego idiotę! Jeszcze przez chwilę się uśmiachałam. Do czasu, gdy przypomniałam sobie powód zakupów. Odczytałam w wysłanych dzisiejszego SMS-a. Przypomniałam sobie powód napisania go. "W co ja się ubiorę? Jutro w końcu go ujrzę". Ledwie parę godzin temu, a było zupełnie inaczej. Znowu to szatańskie uczucie rozrywania wnętrzności. Nie zobaczę go... Jutro, ani pojutrze. Będzie w mieście, ale nie ma czasu by się spotkać. Bzdura! On nie chce cię widzieć. To po co mi głowę zawracał? Jaki idiota! To wszystko nie ma sensu.
Nigdy nie zrozumiem.
Może by tak stara przyjaciółka?
Nie... dziś będzie bardziej light-owo.
Ćwiartka załatwi sprawę.

***

Obudził mnie blady świt. Leżałam tak nie wiem ile, z narastającym wciąż bólem głowy. Pojedyncze promienie słońca wpadające do pokoju zmusiły mnie do opuszczenia łóżka. Przypomniałam sobie wczorajszy dzień; spóźnienie, nudę, nadzieję, radość, znowu nadzieję i rozczarowanie. Wygodnie mi to tak nazywać. W ogóle uważam się za wygodną osobę; małe niedogodności, a ja już umieram mentalnie. Czas na wizytę u psychologa, czas znaleźć chłopaka. Nie... jedno drugie wyklucza i przeczy. Cholera. Chyba czas powrócić do szarej codzienności. Tak robią normalni ludzie. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że zdrowy na umyśle człowiek poszukałby sobie na moim miejscu nowej pracy. Tak też zrobię. Z moich rozmyślań wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Kto to może być? Pewna dziwnych obaw, a zarazem jeszcze wciąż otępiała po wczorajszym, podeszłam po cichu i spojrzałam przez wizjer. Agnieszka! No tak! Stwarzając pozory uśmiechu otworzyłam.
- Hej kochana! Nie odbierałaś! To jak, dziś zakupy, ale... co się stało? - początkowo optymistyczna, jednakże po chwili spostrzegła, że coś jest ze mną nie tak. Spuściłam wzrok.
- To nic takiego. Nie spodziewałam się ciebie tak wcześnie, wejdź proszę. - odparłam cicho
- Co ty taka oficjalna? Kaśka! - zmarszczyła brwi. Nie lubiła tajemnic. Oj Agnes, lepiej żebyś nie wiedziała. Czemu jestem taką kiepską aktorką? Gestem zaprosiłam ją do kuchni.
- Kawy, herbaty? - spytałam machinalnie
- Ciebie! - odpowiedziała coraz bardziej poirytowana. Że co?
- Yyy? - bąknęłam
- Chcę dawnej Kaśki, szalonej, pyskującej, niepoważnej! - wyrzuciła z siebie jednych tchem. Och nie jestem teraz w nastroju na takie zachowania. Otworzyłam okno, by wpuścić trochę mroźnego powietrza.
- Mam zły dzień po prostu.
- Czy to ma coś wspólnego z... ?
- Nie! Yy znaczy się...nie. - totalnie nie umiałam kłamać
- Czyli jednak! Wystawił cię, znowu? Kopnij go w cztery litery i po sprawie już ci to dawno mówiłam. - pouczała Agnieszka udając mądrzejszą niż jest.
- Nie chcę teraz o tym rozmawiać dobrze? - wycedziłam, po czym zabrałam się za przygotowywanie herbaty, nie pytając czy jej chce.

piątek, 2 stycznia 2015

Rozdział II

 Rozdział II

 No nareszcie! Wskazówki zegara zaczęły się niemrawo przesuwać coraz bardziej w stronę cyfry 4. Już za chwilę miałam wyjść do domu, a za X godzin spodziewałam się telefonu od byłego (przyszłego?!). Co do cholery w jego terminologii mogło oznaczać "zadzwonię wieczorem" ? O dziewiętnastej, czy też dwudziestej trzeciej? Och mógłby być bardziej dokładny, ale co ja od niego wymagam! Prezycja nigdy nie była jego mocną stroną mówiąc delikatnie. Dlatego też udało mu się przekolebać prawie, że bezboleśnie przez długie dwa lata naszego związku. "Jakiego znowu związku? Chorego układu- tak to należy nazwać. Słonimska zrozum to wreszcie" - zganiłam się w myślach. Tak, czy inaczej byłam niezdrowo podekscytowana, co mocno kontrastowało się z moją codzienną obojętnością. Nie uszło to uwadze mojej przełożonej, która podejrzliwie mi się przyglądała. Nie obracałam się w jej stronę, ale i tak czułam na sobie jej wzrok. Jak nic dostanę reprymendę na temat mojego lenistwa, a teraz jeszcze prowokacyjna wręcz poza, zgoła odmienna od przewidywanej. Mój kobiecy instynkt podpowiada mi pojechanie z deczka po pensji, która jest już i bez tego bardzo skromna. Ach, przypomniałam sobie moją minę, gdy przy przyjmowaniu mnie na to stanowisko szef napomknął o wartości mojego wynagrodzenia. Już, już chciałam wnieść nieśmiały protest, ale on,
jakby czytając mi w myślach oznajmił: "Panno Słonimska, czego też pani się spodziewała? Zatrudniając dwudziestolatkę- studentkę nasza firma ponosi i tak już zbyt duże koszty."
Od tej pory mój przydomek biurowy to "dwudziestka". Wszyscy się tak do mnie tutaj zwracają. Normalnie to dawno złożyłabym wypowiedzenie, ale moi rodzice są w tej kwestii nieugięci. No tak, przecież to oni teoretycznie nadal mnie "utrzymują" (mieszkam sama, ale pal licho!) Porzucając te niezbyt optymistyczne rozmyślania spojrzałam znów na zegar. Jeszcze pięć minut. Do kogo ja się śpieszę?! Przecież dziś już się z nikim nie widzę, nie muszę się przyszykować ani nic. Jedynie mentalnie przygotować na TEN telefon od TEGO pana.
Wzięłam głęboki oddech. Zegar wybił czwartą. Zaczęłam w pośpiechu zbierać swoje rzeczy, a następnie iść w stronę wyjścia. Ktoś chwycił mnie za ramię. Obróciwszy się ujrzałam mojego szefa. Czego on jeszcze chce?
- Nie tak szybko Kasiu. Mam jeszcze dla ciebie zadanie. - oznajmił sucho
- Kończę planowo o szesnastej. - wyjaśniłam nie ukrywając rozdrażnienia. Słysząc to podniósł brwi jakby z niedowierzaniem,
ukrywając nieskutecznie swoje niewątpliwe zirytowanie.
- Plany lubią się zmieniać. Nie zrobiłaś dzisiaj praktycznie nic. Sądzisz, że będę to tolerował?- ciągnął dalej tym swoim beznamiętnym tonem. Po raz enty tego dnia spuściłam głowę udając winną.
- Doskonale. - skwitował. - Widzisz tą stertę listów? Ach, no przecież, że nie, bo jest w moim gabinecie  Nie mam czasu, ani ochoty na nie wszystkie odpisywać. Ty się tym zajmiesz i od tego będzie zależna wysokość twojego wynagrodzenia. - zakomunikował lekko się uśmiechając. O to nowość. Co ja miałam mu odpowiedzieć? Że nie mam czasu, bo czekam na telefon od... ?  Westchnęłam tylko i podążyłam do jego biura.
- To się nazywa posłuszny personel. - oznajmił po części sam do siebie, ale miał też na uwadze obecność  swojego zastępcy, który akurat w tej chwili przechodził korytarzem.
Czas, w którym przemieszczałam się windą na niższe piętro wykorzystałam na napisanie krótkiego SMS-a do Marka. Brzmiał on mniej więcej tak: "Muszę zostać dłużej w pracy. Zadzwoń o 20 ok?" Ledwo drzwi na parterze się otworzyły, a ja już uzyskałam odpowiedź "OK". Krótko, sucho i na temat- cały on!
Podążyłam w stronę gabinetu szefa. Nie było go jeszcze toteż nie wiedziałam jak się mam zachować; wejść czy poczekać? Cholera jasna pracuję tu od miesiąca, to normalne, że nie znam jeszcze wszystkich obyczajów tu panujących. Stanęłam więc pod drzwiami czując się conajmniej niezręcznie. Chyba pierwszy raz tego dnia na prawdę poczuwam się do winy.
Co ta robota ze mną robi! Zauważyłam skąpo ubraną asystentkę mego pracodawcy podążającą w moją stronę. Niby zwykłe przejście korytarzem, a zachowywała się jakby była na czerwonym dywanie albo wybiegu. Zaraz. Przecież ten dywan był czerwony. Trafnie Słonimska. Nie ładnie się na kogoś gapić więc zgrabnie przeniosłam swój wzrok na ścianę. Owa "miss" przystanęła obok i rażąc mnie pogardliwo-kpiącym spojrzeniem, otworzyła swe napompowane usta i rzuciła słodko:
- Co pani tu robi jeśli mogę wiedzieć, pomóc w czymś?
- Szef kazał mi tu na siebie czekać. - rzuciłam jakby od niechcenia
- Aha, rozumiem. - porzucając swój anielski ton przez jej twarz przemknęło jakby zdziwienie pomieszane z niedowierzaniem, lecz szybko zastąpił je cyniczny uśmieszek. Co też to mogło znaczyć? Nie chciałam wiedzieć. Jakby na zawołanie drzwi windy otworzyły się i wyszedł z niej ten, na którego czekałam. Jak to brzmi! Zaczęłam się bać. Jego postawa nie zdradzała żadnych emocji. Jak zwykle ta monotonna twarz, spojrzenie bez wyrazu i suchy ton.
- Wejdź już, masz mnóstwo pracy. Jeśli chcesz wyjść przed siódmą, to lepiej już zacznij.
No świetnie! Co ja mu miałam na to odpowiedzieć? Powlokłam się smętnie do stolika, na którym leżało mniej więcej sto listów, tak lekką ręką licząc. Wzięłam je i zaczęłam czytać. Oho, co za tematyka! To będzie niewątpliwie nudne popołudnie. Siedziałam na drogiej, ale wcale wygodnej sofie. On przysiadł się. Zaczął śledzić to co robię w najbardziej już dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie powiem- krępowało mnie to. Starałam się nie zwracać na niego uwagi, lecz nie mogłam się skupić nad sensem słów, które czytam. Nachylił się, a ja wstrzymałam oddech.
- Zaraz wracam Kasiu. - oznajmił zmienionym głosem po czym przesadnie powoli wstał i udał się na korytarz. Shit! Czego on ode mnie chce? Może przesadzam, ale teraz to na prawdę zaczęłam się bać. A może by tak uciec? Nie, wyrzuci mnie. Co robić, co robić? Nie byłam głupia, wiedziałam czym mogą się skończyć takie sytuacje. Zaczęłam oceniać moje szanse w starciu z domniemanym napastnikiem. Starałam się zrozumieć powody, w wyniku których, jak się spodziewałam, miało dojść do rzekomego nadużycia. Przecież on ma żonę! A ja wcale nie jestem ładna, ani atrakcyjna. Na pewno nie w porównaniu
z tą seksbombą- jego asystentką. Czy aby na pewno nie? Czy nie pamiętam już, jak Marek mówił mi to niejednokrotnie? Po pijaku, no tak. Nie! Nie mogę teraz o nim myśleć. Muszę się skupić. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam odpisywać na pierwszy list. I tak nikt tego nie czyta, to tylko formalność, więc nie starałam się zbytnio. Szef podejrzanie długo nie wracał. Mój niepokój rósł z minuty na minutę. Po piątym liście zrobiłam sobie krótką przerwę i oparłwszy się zaczęłam rozglądać się po gabinecie. Urządzony był niewątpliwie przez perfekcjonistę, albo bogacza. Jedno i drugie jak mniemam. Wszystko było
czarno-białe, z wyjątkiem statuetki. Hm ciekawe, pierwsze miejsce w zawodach wędkarskich. Nie spodziewałabym się. Usłyszałam kroki, toteż szybko rzuciłam się do odpisywania na kolejny list. Drzwi uchyliły się , wszedł, bardzo cicho, jakby nie chcąc mi przeszkadzać. Zrobiło mi się niedobrze.
- Może mała przerwa Kasiu? -zaproponował ściszonym głosem biorąc równocześnie głęboki wdech. Czy on...?! O nie, tego było już za wiele, zebrałam w sobie wszystkie emocje z tego dnia i wyrzuciłam z siebie, urkywając mój strach , z największą na jaką  mnie było stać nienawiścią oraz nie mniejszą pogardą:
- O nie! Tak nie będzie. Nie dam się wykorzystać. Zaskarżę cię o próbę uwiedzenia własnej pracownicy! Wypuść mnie stąd! - nie do końca mi wyszło, bo końcówkę prawie wykrzyczałam emanując raczej żałosnym strachem, aniżeli wrogością. Mój rzekomy napastnik odsunął się i przybrał na powrót swą beznamiętną twarz, odparł sucho:
- Nie spodziewałem się tego po pani. Skąd takie niesmaczne podejrzenia? Dobrze pani wie, że mam żonę. Proszę już wyjść, jutro porozmawiamy. O nie! Co za ostatni łajdak! Teraz ja wyjdę na świrniętą idiotkę, a on wszystkiego się wyprze. Och, mogłam jeszcze trochę poczekać,na to, co zrobiłby dalej, bo teraz nie mam na niego żadnych argumentów. Jutro stracę prace. Chociaż nie, praktycznie to już w tej chwili czuję się stuprocentowo wylana. To tylko kwestia formalności. Rzuciłam na odchodnym:
- Dobrze wiem co zamierzałeś. Widziałam to. - nawet nie spoglądając już w jego stronę powlokłam się w stronę wyjścia. Brawo Słonimska, świetny dzień! O ironio... Spojrzałam na zegarek- godzina siedemnasta. Przynajmniej tyle, że zdąże dojechać do domu i przygotować się mentalnie na telefon. O ile zadzwoni, bo ileż to już razy nie dotrzymał danego słowa. Jadąc tramwajem patrzę ze zgrozą na otoczenie. Widzę młodych ludzi, tak jak ja studentów. Śmieją się, bawią, nie w głowie im praca. Gdyby nie fakt, iż nie mam za co utrzymać mojego mieszkania, poszłabym za ich śladem. A tak, teraz czuję się jak zmęczona życiem czterdziestolatka. Tłukłam się komunikacją miejską prawie godzinę, z przesiadkami. Gdy byliśmy na przystanku przed tym, na którym miałam wysiąść, głos oznajmił: "Proszę przygotować bilety do kontroli". Tak też zrobiłam. Kanar podszedł, przyjrzał się, prześwietlił i oznajmił:
- Przykro mi, dziesięć minut po terminie. Pani da dokumenty.
Że co do cholery?!
- Ale ja tu wysiadam. - odpowiedziałam załamując się jednocześnie.
- To pani wysiądzie ze mną.
Tak też zrobiłam. Ludzie się patrzyli, co za wstyd! Kontroler spisał mnie z dowodu i wręczył mandat w wysokości stu dwudziestu
jeden złotych. No pięknie, z czego ja za to zapłacę? Przecież nie mam już pracy!
- Dziękuję, do widzenia. - rzuciłam, po czym poszłam bezwiednie, jakby na instynkt w kierunku mojego bloku. Za co ja mu dziękowałam?! Byłam w takim stanie, że nie funkcjonowałam jak normalny człowiek, było mi już po prostu wszystko jedno. W chwili uniesienia zastanawiałam się, czy nie cisnąć mandatem do śmieci, ale zdrowy rozsądek wziął górę. Najwyżej poproszę moją mamę o spłacenie, trudno.
Przemierzyłam ostatnie metry trawnika, jeszcze tylko chodnik, już widzę bramę. Krok. Gleba. Głowa boli. Czemu niebo zmieniło swe położenie? Dopiero po dwóch sekundach zorientowałam się, że poślizgnęłam się na oblodzonej kostce. Boże święty, czy to fatum? Życie to nie film, szkoda, bo pojawiłby się jakiś przystojniak i bohatersko mnie uratował, a tak w pobliżu nie było nikogo kto pomógłby mi wstać. Dźwignęłam się niezdarnie i klnąc na czym świat stoi przebrnęłam przez drzwi, myląc oczywiście dwa razy kod blokady, dowlokłam się na trzecie piętro, zabierając po drodze korespondecje ze skrzynki, weszłam do domu, przyłożyłam sobie lodu z tyłu głowy, zaczęłam czytać ponaglenie o zapłacie za gaz i osunąwszy się
 na kuchenną podłogę wybuchnęłam płaczem, spłukując z siebie całe zło tego dnia.