wtorek, 18 sierpnia 2015

Rozdział X

Rozdział X

Stało się.  Razem z Agness... a raczej pod jej wpływem doszłam do wniosku, że warto zaryzykować. W razie czego ucieknę. " A masz lepszy pomysł?" - jej argument nr 1. Nie miałam, więc uległam. Deficyt budżetowy mnie do tego zmusił, tylko i wyłącznie. W innym wypadku nigdy bym do tej pracy nie powróciła. Właśnie... czy to będzie "ta" czy inna? Cholera go wie. Stukanie w klawiaturę przez cały dzień nie było złe, mogę do tego wrócić. Ale ten "nowy projekt" brzmi tak jakoś złowieszczo.
Już miałam sięgnąć po telefon, gdy nagle usłyszałam potężny trzask. Odgłos ten dochodził jak mniemałam zza okna. Szybko do niego podbiegłam. Spojrzałam w dół i pierwsze co zauważyłam to tumany kurzu unoszące się nad parkingiem. Gdy opadły zobaczyłam, że to dwa auta się zderzyły... Dość poważnie jak można było sądzić po zgniecionych maskach. Oby kierowcom nic się nie stało. Zaraz... Skądś znałam tego czerwonego jeepa. O nie! Serce mi chyba stanęło.
- Co on tu znowu robi? - krzyknęłam ze złością lecz po chwili zreflektowałam się... Boże czy nic mu się nie stało? Nie wychodzi z auta... Muszę do niego iść!
W pośpiechu zarzuciłam na siebie kurtkę, wsunęłam conversy ( to nic, że na dworze był śnieg) i zbiegłam na dół.
Wokół samochodów zebrało się już spore zbiegowisko. Przepchałam się przez nich i podbiegłam do jeepa.
- Marek żyjesz?! - krzyknęłam już z paru metrów
- Żyje, żyje, tylko noga mi utknęła i nie mogę wyjść. - powiedział zasysając przez zęby powietrze. Nie wyglądał źle.
- Co ty tu robisz do jasnej cholery? Czy wczoraj nie wyraziłam się dostatecznie jasno? - odparłam zdenerwowana
- Przemyślałem wszystko i chciałem cię odwiedzić... Przeprosić, ale oh uwolnij mnie teraz! - wyraźnie tragizował, cały on.
- Już cię... - nie skończyłam
- Policja, odsunąć się! - usłyszałam. Dwoje policjantów odsunęło mnie i zabrali się za wyciąganir kierowców.
- Stan obu na oko dobry, ale wezwij karetkę, niech ich weźmie na obserwację. - powiedział jeden do drugiego. - Uff - odetchnęłam w duchu.
No to chyba... Mogłam wrócić do domu. Obróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę bramy. Usłyszałam jeszcze:
- Przyjdę do ciebie, jak tylko mnie ze szpitala wypuszczą! - sądząc po tym, że miał siłę się tak drzeć, to był w niewątpliwie dobrym stanie. Głupi ma zawsze szczęście.
Westchnęłam zrezygnowana. Wróciłam do mieszkania i... No nie! Dzwonił znowu. Odsłuchuję...
- Kasiu! Znowu nie odbierasz. Kim ty jesteś taka zajęta co? Czekam na odpowiedź. Dałem ci propozycję i duży kredyt zaufania, nie znarnuj tego.
Eh napalony jak jasna cholera. Co ci faceci ode mnie chcą, jak nie jeden to drugi. Co robić, zadzwoniłam.
Dwa sygnały...
- Dzień dobry z tej strony Kasia, proszę wybaczyć, ale byłam poza domem. Co to za propozycja? - spytałam z wymuszoną uprzejmością.
- O witaj, no w końcu. Jestem ciekaw gdzie ty się prowadzasz od kąd rzuciłaś pracę u mnie. - że co? To on sam mnie wyrzucił! - Tak czy inaczej pragnę cię utemperować. Mam dla ciebie bardzo poważną ofertę i tak też to potraktuj. - takie słowa, a wciąż tym swoim bezbarnym tonem. Ot mój były szef.
- Konkrety proszę pana. - ponagliłam zniecierpliwiona.
- Oferuję ci pracę sekretarki w kancelarii mojego brata, adwokata. - odrzekł spokojnie.
- Dlaczego akurat ja? - spytałam zdezorientowana.
- Podał mi wytyczne, co do wyglądu. Tylko ty się z nimi zgadzasz.
Że co? Chce chudą, za wysoką brunetkę, na dodatek z krótko ściętymi włosami?
- Oryginalnie... - mruknęłam.
- Więc jak? - spytał.
- Emm... Zastanowię się. - no bo co mu miałam powiedzieć?
- Masz czas do jutra. Kończę już, obowoązki wzywają. Trzymaj się Kasiu.
- Dobrze, do widzenia. - z westchnieniem odłożyłam słuchawkę. Powinnam się spytać o rzecz najważniejszą ; o pieniądze, ale na kilometr czuć już było co to za praca... No bo co robi asystentka adwokata? Papiery mu porządkuje? W razie czego ucieknę, spokojnie.
Czeka mnie długa noc. A może by tak wypisać wszystkie "za" i " przeciw"? Za... Pieniądze. Przeciw... Nie ufam im. Chyba tyle. I co mi to da?
Sms.
- Rano będę. - nie! Jestwm zajęta. Chyba zgłupiałam, bo odpisałam.
- Taka sytuacja; mam propozycję zostania asystentką adwokata ( brat mojego byłego szefa) zgodzić się czy nie?
Wysłane. Ja to już na prawde nie miałam się kogo o radę pytać.
Po chwili dostałam odpowiedź:
- Pod żadnym pozorem nie! Ja go znam, ja wszystko wiem... Jutro ci opowiem.
Cholera, co on wie, co to za akcja? A może mówi tak tylko po to, bym się z nim spotkała? Tak, to by było w jego stylu. Nic nie odpisałam, niech teraz on się domyśla.