wtorek, 18 sierpnia 2015

Rozdział X

Rozdział X

Stało się.  Razem z Agness... a raczej pod jej wpływem doszłam do wniosku, że warto zaryzykować. W razie czego ucieknę. " A masz lepszy pomysł?" - jej argument nr 1. Nie miałam, więc uległam. Deficyt budżetowy mnie do tego zmusił, tylko i wyłącznie. W innym wypadku nigdy bym do tej pracy nie powróciła. Właśnie... czy to będzie "ta" czy inna? Cholera go wie. Stukanie w klawiaturę przez cały dzień nie było złe, mogę do tego wrócić. Ale ten "nowy projekt" brzmi tak jakoś złowieszczo.
Już miałam sięgnąć po telefon, gdy nagle usłyszałam potężny trzask. Odgłos ten dochodził jak mniemałam zza okna. Szybko do niego podbiegłam. Spojrzałam w dół i pierwsze co zauważyłam to tumany kurzu unoszące się nad parkingiem. Gdy opadły zobaczyłam, że to dwa auta się zderzyły... Dość poważnie jak można było sądzić po zgniecionych maskach. Oby kierowcom nic się nie stało. Zaraz... Skądś znałam tego czerwonego jeepa. O nie! Serce mi chyba stanęło.
- Co on tu znowu robi? - krzyknęłam ze złością lecz po chwili zreflektowałam się... Boże czy nic mu się nie stało? Nie wychodzi z auta... Muszę do niego iść!
W pośpiechu zarzuciłam na siebie kurtkę, wsunęłam conversy ( to nic, że na dworze był śnieg) i zbiegłam na dół.
Wokół samochodów zebrało się już spore zbiegowisko. Przepchałam się przez nich i podbiegłam do jeepa.
- Marek żyjesz?! - krzyknęłam już z paru metrów
- Żyje, żyje, tylko noga mi utknęła i nie mogę wyjść. - powiedział zasysając przez zęby powietrze. Nie wyglądał źle.
- Co ty tu robisz do jasnej cholery? Czy wczoraj nie wyraziłam się dostatecznie jasno? - odparłam zdenerwowana
- Przemyślałem wszystko i chciałem cię odwiedzić... Przeprosić, ale oh uwolnij mnie teraz! - wyraźnie tragizował, cały on.
- Już cię... - nie skończyłam
- Policja, odsunąć się! - usłyszałam. Dwoje policjantów odsunęło mnie i zabrali się za wyciąganir kierowców.
- Stan obu na oko dobry, ale wezwij karetkę, niech ich weźmie na obserwację. - powiedział jeden do drugiego. - Uff - odetchnęłam w duchu.
No to chyba... Mogłam wrócić do domu. Obróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę bramy. Usłyszałam jeszcze:
- Przyjdę do ciebie, jak tylko mnie ze szpitala wypuszczą! - sądząc po tym, że miał siłę się tak drzeć, to był w niewątpliwie dobrym stanie. Głupi ma zawsze szczęście.
Westchnęłam zrezygnowana. Wróciłam do mieszkania i... No nie! Dzwonił znowu. Odsłuchuję...
- Kasiu! Znowu nie odbierasz. Kim ty jesteś taka zajęta co? Czekam na odpowiedź. Dałem ci propozycję i duży kredyt zaufania, nie znarnuj tego.
Eh napalony jak jasna cholera. Co ci faceci ode mnie chcą, jak nie jeden to drugi. Co robić, zadzwoniłam.
Dwa sygnały...
- Dzień dobry z tej strony Kasia, proszę wybaczyć, ale byłam poza domem. Co to za propozycja? - spytałam z wymuszoną uprzejmością.
- O witaj, no w końcu. Jestem ciekaw gdzie ty się prowadzasz od kąd rzuciłaś pracę u mnie. - że co? To on sam mnie wyrzucił! - Tak czy inaczej pragnę cię utemperować. Mam dla ciebie bardzo poważną ofertę i tak też to potraktuj. - takie słowa, a wciąż tym swoim bezbarnym tonem. Ot mój były szef.
- Konkrety proszę pana. - ponagliłam zniecierpliwiona.
- Oferuję ci pracę sekretarki w kancelarii mojego brata, adwokata. - odrzekł spokojnie.
- Dlaczego akurat ja? - spytałam zdezorientowana.
- Podał mi wytyczne, co do wyglądu. Tylko ty się z nimi zgadzasz.
Że co? Chce chudą, za wysoką brunetkę, na dodatek z krótko ściętymi włosami?
- Oryginalnie... - mruknęłam.
- Więc jak? - spytał.
- Emm... Zastanowię się. - no bo co mu miałam powiedzieć?
- Masz czas do jutra. Kończę już, obowoązki wzywają. Trzymaj się Kasiu.
- Dobrze, do widzenia. - z westchnieniem odłożyłam słuchawkę. Powinnam się spytać o rzecz najważniejszą ; o pieniądze, ale na kilometr czuć już było co to za praca... No bo co robi asystentka adwokata? Papiery mu porządkuje? W razie czego ucieknę, spokojnie.
Czeka mnie długa noc. A może by tak wypisać wszystkie "za" i " przeciw"? Za... Pieniądze. Przeciw... Nie ufam im. Chyba tyle. I co mi to da?
Sms.
- Rano będę. - nie! Jestwm zajęta. Chyba zgłupiałam, bo odpisałam.
- Taka sytuacja; mam propozycję zostania asystentką adwokata ( brat mojego byłego szefa) zgodzić się czy nie?
Wysłane. Ja to już na prawde nie miałam się kogo o radę pytać.
Po chwili dostałam odpowiedź:
- Pod żadnym pozorem nie! Ja go znam, ja wszystko wiem... Jutro ci opowiem.
Cholera, co on wie, co to za akcja? A może mówi tak tylko po to, bym się z nim spotkała? Tak, to by było w jego stylu. Nic nie odpisałam, niech teraz on się domyśla.





sobota, 18 lipca 2015

Rozdział IX

Rozdział IX

Miałam cholerne przeczucie, że coś jest nie tak. Zamiast iść do kuchni i zrobić sobie filiżankę herbaty, co z pewnością by mi pomogło po tym "dniu pełnym wrażeń" , od razu skoczyłam do telefonu, by odsłuchać nagranie. Drżącymi rękoma nacisnęłam przycisk. Głęboki oddech. Po drugiej stronie chwila ciszy, chrząknięcie.
- Dzień  dobry...- znajomy, bezbarwny ton, o nie, to mój szef!- ... powinna się pani spodziewać, że wcześniej czy później się do pani odezwę, nie lubię takich niedokończonych sytuacji. Chciałem panią poinformować, a raczej... wróć, chcę cię Kasiu zaprosić do współpracy przy moim nowym projekcie. Oddzwoń, by dowiedzieć się więcej. Liczę na odzew z twojej strony. Pozdrawiam i do usłyszenia! Adam Falski.
Skonsternowana odłożyłam słuchawkę. Co to miało być? "Po więcej oddzwoń", impulsów mu szkoda, a biedny to on nie jest, palant! Miałam wrażenie, że traktuje mnie jak idiotkę i chce wykorzystać. Niedoczekanie! I kto mu pozwolił zwracać się do mnie po imieniu? Bałam się wtedy już na prawdę. Dajcie mi wszyscy święty spokój! - pomyślałam zrezygnowana starając się zapomnieć o telefonie i zabrałam się za herbatę. Podświadomie jednak czułam, że o tym się nie da zapomnieć.
Żeby odwrócić jakoś swoje myśli od zawirowań dnia dzisiejszego, postanowiłam w końcu zrobić porządki w swoim pokoju. Otworzyłam pierwszą, lepszą szafkę i...o nie, co to tu robi. Piękna biała koperta, aż dziwne, że zachowała ten kolor, bo data na niej była dość odległa, kilka lat wstecz. Nadawcy się pewnie domyślacie. Akurat dzisiaj...w dzień, w którym wspomnienia wróciły do mnie z zdwojoną siłą. No dobrze, brnijmy w to dalej. Otworzyłam po raz nie wiem który i zaczęłam czytać; "Kochana Kasiu... Moje słoneczko". Niedobrze mi ! Szybko zabrałam list sprzed twarzy. Ładny był z niego bajerant. Zwykły kłamca jak oni wszyscy.
Przypomniała mi się pewna sytuacja sprzed trzech lat. Słodkie początki naszego tak zwanego związku. Byliśmy wraz ze znajomymi z liceum na biwaku, ot wypad pod namioty. Lipiec, upał, w pobliżu jezioro. Aura idealna na zakochania. Przewidywalnie do bólu. Głupia, naiwna ja i zawsze chętny on. Ale nie zakwaszajmy już na początek. Wtedy było "idealnie". Któregoś wieczoru, bodajże trzeciego dnia, zaproponował przechadzkę po lesie. Zgodziłam się, trochę z ciekawości, a trochę dlatego, że było mi tam na plaży zbyt gorąco, głupie wiem, ale jeśli już mam być szczera, to mówię jak było. Czy on mi się wtedy podobał? Trudno powiedzieć, może i uważałam go za przystojnego, ale bez przesady. Nie myślałam o nim po nocach, ani nic z tych rzeczy, ot kolega. W każdym razie widocznie ucieszył się, gdy się zgodziłam. Szliśmy ścieżką i rozmawialiśmy o muzyce. Może to nas połączyło? Ta jedna rzecz między nami, niewidzialne powiązanie, zbieżność czy jak to nazwać nigdy się nie zmieni. Zamiłowanie do muzyki klasycznej. Tak, właśnie o tym wówczas rozmawialiśmy. Argumentowaliśmy wartość "Jeziora Łabędziego" w porównaniu do "Dziadka do orzechów" . Śmiać mi się chce jak sobie to przypomnę. Trudno mi sobie wyobrazić, że w tak perfidnym człowieku tkwi coś tak niedorzecznego, niepasującego do reszty. Zawsze myślałam, że ludzie słuchający klasyku to jednostki odważne, szlachetne , a nie tchórze bez honoru jak on. A może tak miało być? Tamta sytuacja z lasu miała mnie zmylić, nakreślić nieprawdziwy jego obraz. Tylko po co? Boże, nie kpij sobie ze mnie więcej.
Po tej pasjonującej dla mnie wówczas rozmowie doszliśmy nad kwiecistą polanę. Zatrzymaliśmy się i spojrzeliśmy sobie w oczy. Miałam wrażenie, że widzę go wtedy po raz pierwszy. Widziałam go takiego... rozpromienionego, uśmiechał się zniewalająco, a oczy mu błyszczały. Stwierdziłam wówczas, że jest po prostu piękny i czemu ja tego wcześniej nie zauważyłam. Chwilę później powiedział to mi. Oczywiście bez tej drugiej części, bo przyznał, że podobam mu się on dawna. Zarumieniłam się. Uznał, że to słodkie. Zapytał się, czy będziemy razem. Ja, rozemocjonowana pod wpływem chwili oczywiście zgodziłam się. Serce mi biło jak szalone. Czułam wtedy pełnię szczęścia. Dopiero dziś widzę, jaki miałam owej pełni skrzywiony obraz. Wróciliśmy trzymając się za ręce. Wszyscy już wiedzieli co jest grane, uśmiechali się tylko pod nosem. Mieli miny w stylu "Czuliśmy to od dawna".
Dziś mam wrażenie, że zbyt szybko mu uległam. Może, gdybym się wtedy nie zgodziła i pozgrywała trochę niedostępną, to nie znudziłby się tak szybko i dbałby o mnie dłużej. Ale nie, ja zawsze muszę wszystko od razu. Jak kocha to poczeka- nigdy tego nie zrozumiem! Akurat tego w sobie nienawidzę; zakochiwania się w pięć minut. Jedna sytuacja, a ja już snuję plany, jak to będzie, wyobrażam sobie męża i dzieci. A ja przecież nie chcę mieć dzieci! No właśnie.
Teraz, gdy lat mam już trochę więcej i niejedno mnie spotkało, to zmieniło się właściwie niewiele. Na dodatek odczuwam jeszcze taką swoistą pustkę, którą nie idzie niczym wypełnić. Podświadomie domyślam się co to takiego, ale odsuwam od siebie tą zdradziecką myśl. Nie jestem jeszcze gotowa, może kiedyś, ale nie teraz. Muszę się nauczyć z tym jakoś żyć.

Jak można tyle żyć martwym będąc
to czysta egzystencja
chodzisz, wracasz, myślisz
i dalej nic
on cię woła
nie udawaj dłużej
on wie, że słyszysz
on wie, że tęsknisz
i ciągle czeka
aż zauważysz to ty
zrezygnowany
z nadzieją poprosisz
i otrzymasz
siedem razy więcej niż chcesz

W sumie to chciałabym się teraz rozpłakać, ale nie mogę. Coś się we mnie zablokowało. Odkładam ten zdradziecki list. Nie wiem już, co ze sobą zrobić. W szafce poniżej znalazłam do połowy pełną paczkę papierosów. W sumie co mi zależy- pomyślałam. I zapaliłam. Na początku trochę się dusiłam, ale po chwili doszłam do wprawy. Lata praktyki. Miało zrobić mi się lepiej, a było tak samo, a na dodatek śmierdziałam dymem. Nie mogłam sobie pozwolić na powrót do palenia, zwyczajnie mnie było na to nie stać. Właśnie pieniądze! Sprawdziłam stan konta i chwilę później pożałowałam tej decyzji. Zostało mi niecałe sto złotych do końca miesiąca. Ale po co ja to liczę, wypłaty już nie mam. Desperacja, desperacja.
- Dzwonię do Adama. - powiedziałam sama do siebie.
Zaraz jednak stuknęłam się w głowę. Nie, nie mogę. Stwierdziłam, że ta sprawa wymaga dłuższego rozważenia oraz doradcy. Usiadłam przy stole, zapaliłam kolejnego i wysłałam SMS-a do Agnes. Tylko ona mogła mi coś w miarę sensownego doradzić, chociaż po jej ostatnich ekscesach, to już niczego nie mogłam być pewna. Wyjęłam także wino z barku. Zrobimy sobie babski wieczór. Nie znosiłam tego określenia, kojarzyło mi się z wysokimi obcasami, różami i paniami w średnim wieku, które żalą się na swych zdradzieckich mężów. A my mamy po dwadzieścia lat i całe życie przed sobą! No cóż, jak widać czasem i takim osobom się przydaje taka narada. Może faktycznie kupić róże i wsunąć szpilki? No nie, to już byłby szczyt pozerstwa. Kaśka ogarnij się!

czerwone wino jak dusza
sączy się powoli
białe jak łzy
nadmiar ich szkodzi
kobiece serce wciąż pragnie
nienasyconej miłości
zbyt mokro na pustyni
zbyt sucho w morzu
powiedz tylko "pragnę"
a wróci znów czerwone
twoje osobiste ja

piątek, 12 czerwca 2015

Rozdział VIII

W drodze powrotnej słuchałam moich ulubionych kawałków. Za oknami było cholernie szaro. Tej zimie nie było dane widzieć śniegu. Nam wszystkim tak samo. Chwytałam się przyziemnych, płytkich myśli, byleby odciąć się od niedawnego spotkania. To było takie niespodziewane… Sama jeszcze nie wiem co o tym myśleć, muszę to sobie na spokojnie rozważyć. Na odtwarzaczu MP3 w moim telefonie zaczęła się właśnie kolejna piosenka. Od razu można było stwierdzić, że to inny gatunek niż wspomniany wcześniej metal. Nie byłoby w niej nic złego, gdybym parę miesięcy temu nie słuchała jej, dzieląc chwile uniesień z moim eks. Ironio! Czemu ja tego jeszcze nie usunęłam? Zrezygnowana ściągam słuchawki z uszu. Postawiłam na dźwięki otoczenia. Przemierzając Aleje Jerozolimskie wsłuchiwałam się w miarowy odgłos tramwaju. Zastanawiało mnie, jak można codziennie jeździć w tę i z powrotem, jak ci maszyniści. Mnie by to nudziło… Plotę, jakby moje życie nie było jednolite. A jest! Rutyna czasem potrafi dobić człowieka. Gdy chodziłam do szkoły, to jeszcze się coś działo. Teraz trochę studiuję, trochę nic nie robię i z deczka przeczekuję cenny, bezzwrotny czas mojego życia.
„Wiesz jak to zmienić! A może by tak… Co masz do stracenia?” – krzyczało coś we mnie. Sorry, ale chyba już dojrzałam. Nie chcę wracać do starych błędów. Przed popełnieniem go wszystko wydaje się takie kolorowe. Gdzieś na horyzoncie malują się konsekwencje, lecz zostają szybko zbagatelizowane. W trakcie jest świetnie. Minutę po zaczyna do człowieka dochodzić smutna prawda, a jej skutki są nam już doskonale znane. Więc ileż można?
Odrzuciłam od siebie te zdradzieckie myśli. Spoglądnęłam na prawo i widzę dziewczynę, mniej więcej w moim wieku. Skąpo ubrana, pomimo chłodnej aury. Na oko piętnastocentymetrowe, czerwone szpilki drogiej firmy, na których stoi wysoka dziewczyna o talii osy, wysuwającej się spod futra (mam nadzieję, że sztucznego!) . Niżej spódnica, czarna i obcisła, zakrywająca tylko to, co konieczne. Całość dopełniają wcale nie takie szczupłe nogi, odziane w przeźroczyste rajstopy. Miała też koronkową, czarną bluzkę. Czy ja się zachowuję jak facet? Moje podejrzenia motywowane są tym, że na końcu zwróciłam uwagę na twarz. Wpierw rzuciły mi się w oczy długie blond włosy, zadziwiająco błyszczące, chyba niefarbowane. Utkwiłam spojrzenie w jej twarzy… i to był mój błąd. Widziała, że patrzę. Odwzajemniając spojrzenie lustrowała mnie wzrokiem, który mógłby wyrażać wszystko. Nie wiedziałam, czy mnie nie znosi, czy wręcz przeciwnie- intryguję ją. Ja i moje niskie poczuje wartości mieliśmy już swoje zdanie na ten temat. Szybko odwróciłam wzrok. Zdążyłam tylko jeszcze zarejestrować pełne usta, uwydatnione jeszcze czerwoną szminką, mały, zgrabny nosek i duże błękitne oczy. No, no, chyba jestem profesjonalistką, jeśli chodzi o obczajanie kobiet w dwie sekundy. Podejrzewałam z kim mogę mieć do czynienia (albo i nie), ale nie traktowałam tego jako pewnik. Nie wolno oceniać książki po okładce.
Nieznajoma zrobiła krok w moją stronę. Odruchowo cofnęłam się, wpadając przy okazji w starą babcię. Wybąkałam przeprosiny, a ta zabiła mnie wzrokiem. Pospolity moher! Skierowałam swój wzrok z powrotem na nieznajomą. Ona jednak założyła ciemne okulary, więc nie mogłam jej kontrolować. Spojrzałam na wyświetlacz, by dowiedzieć się kiedy wysiadam. Jeszcze trzy przystanki, no nie! A może by tak mały spacer? W sumie to… nie mam siły. Wytrzymam. Niechże tylko ta „urocza” pani sobie stąd pójdzie. Stoi za blisko. Czuję jej mocne perfumy. Mdli mnie. Zaraz jej coś powiem! Akurat, nie będę się pierwsza odzywać. Ani druga. W ogóle nie będę. Zaraz… chyba zniknęła. Wciągnęłam powietrze. Nie, stoi za mną.
- Cześć… - doszło mnie gdzieś zza moich pleców. Głos miała zadziwiająco niski. Przeszedł mnie dreszcz; czy my się znamy? Czego ona ode mnie chce? A może to kryminalistka? Przez dłuższą chwilę nic nie mówiłam, więc nieznajoma kontynuowała:
-Tak się wahałam czy podejść, zagadać… więc w końcu to zrobiłam.
- Czy my się znamy? – zebrałam się na odwagę i zapytałam w końcu.
- Chyba nie.- dziewczyna przemieściła się tak, że teraz stała koło mnie. Wciąż nie zdjęła tych okularów, co ewidentnie nie budziło zaufania. – Ale możemy się poznać. Jestem Sandra. – podała mi dłoń. Stałyśmy tak blisko siebie, że uściśnięcie ręki było wręcz gimnastycznym wyczynem.
-  Kasia. Miło mi, tylko dalej nie wiem czemu do mnie zagadałaś. – odparłam zmieszana
-  A czemu nie? – zdjęła na chwilę okulary i puściła do mnie perskie oko. Nie podobało mi się to ani trochę.
Na powrót je założywszy kontynuowała:
- Bo wiesz… mieszkam tu od niedawna. Stolica jest taka wielka.  A ja… czuję się niewiarygodnie samotna.  – i leczysz to takim wyglądem tak, tak, to z pewnością pomoże. – No i widzisz Kasiu, muszę sobie szukać znajomych w tramwaju. – zakończyła swój „filozoficzny” wywód. Mój Boże typowa blondynka! Nie znoszę takich. Całe szczęście, że już muszę wysiadać.
- Słuchaj miło było poznać, ale tu jest mój przystanek. Lecę, hej! – oznajmiłam i chciałam ruszyć do drzwi.
- Poczekaj, masz tu mój numer, jakbyś potrzebowała pomocy to dzwoń. Jestem fryzjerką w pobliskim salonie. Nie żeby twoje włosy tego wymagały, bo prezentują się świetnie, ale jak coś, to wiesz gdzie mnie szukać. – podała mi swoją wizytówkę, prezentując w uśmiechu swoje śnieżnobiałe zęby. Wydawał się być szczery. Z doświadczenia wiedziałam jednak, by nie ufać blondynkom.
- Dziękuję. Ok, będę pamiętać. Cześć. – skierowałam się do drzwi, bo tramwaj właśnie się zatrzymał.
- Do zobaczenia! – krzyknęła mi na odchodnym Sandra.
W końcu opuściłam ten nieszczęsny środek transportu. Miałam sporo szczęścia, bo pierwszy lepszy tramwaj, w który wsiadłam zawiózł mnie prawie, że pod sam dom. Przecięłam podwórko i pospieszyłam co prędzej do mojej bramy. Było już całkiem ciemno. Koło ławki stało kilkoro mężczyzn. Nie znałam ich. Nawet jeśli, to mieli bluzę z kapturem, co skutecznie uniemożliwiało ich identyfikację. Chciałam przemknąć się bezszelestnie, niezauważona, jednakże ta sztuka mi się nie udała. Jeden z chłopaków odwrócił się w moją stronę i krzyknął:
- Hej laleczko, napijesz się z nami wina?
Pozostali gwizdali lub rechotali, co było niezmiernie denerwujące. Zaraz im dam laleczko! Drugi dodał:
- Seba nie wygłupiaj się, przecież my mamy tylko piwo.
- Chce być elegancki sukinsyn. – dopowiedział trzeci.

Wszyscy byli mocno wstawieni. Nie mówiąc nic przemknęłam jakoś do klatki. Zabrałam się do wpisywania kodu. Co jest? Nie wchodzi. Zmienili? No super, akurat w takiej chwili, gdy jak najszybciej chcę dostać się do środka. Spojrzałam przez ramię. Dalej tam byli i wciąż wgapiali się WE MNIE. Chyba przesadzam, ale wolę uważać z takimi typami. Postanowiłam zadomofonować do sąsiadki.
- Kto tam? - odezwał się skrzeczący głos pani z naprzeciwka
- Ee... Kasia. Zdaje się, że zmienili kod do drzwi.
- Ach tak, w istocie, trzeba było. Wchodź.
Trzeba było? Czemu? Co to jakieś włamanie było? Wolałam nie wiedzieć. Pospiesznie podążyłam w kierunku windy. Wysiadłam na swoim piętrze i już, już miałam otwierać drzwi od domu, aż nagle ktoś chwycił mnie za ramię.
- Poczekaj. - Ach to sąsiadka.
- Dobry wieczór. - przywitałam się jak na grzeczną dziewczynkę przystało. - Nie zbudziłam pani?
- Dobry wieczór, nie, nie ja zawsze się kładę późno. Musimy porozmawiać. - spojrzała na mnie jakby przestraszona.
- Coś się stało? Niewyraźnie pani wygląda. - że też ja zawsze muszę palnąć coś a`la z reklamy. W tym przypadku Rutinoscorbinu. Moja rozmówczyni jednak jest w takim stanie, że nie łapie żadnych skojarzeń. I całe szczęście.
- W istocie, tak też się czuje. Powiedziałabym na dodatek, że niepewnie.
Nie trzymam cię już dłużej w niepewności, widzę jaką masz minę. Spokojnie nikomu nic się nie stało, ale sytuacja jest wielce niepokojąca.
Patrzyłam na nią wyczekująco. Będzie niegrzecznie popędzać, a niech tam!
-... więc ?
Pani Racławska, bo tak też się nazywała moja sąsiadka, spojrzała na mnie znad swoich okularów. "No niechże już powie o co jej chodzi, bo mi się spieszy." - pomyślałam.
- Parę godzin temu było włamanie pod siódemką.
Oh...
- To rzeczywiście niepokojące. A co z lokatorami? - spytałam
- A co ma być? Są na zagranicznych wczasach.
- Wiedzą? - nie wiem skąd nagle u mnie taka ciekawość, niczym u typowej osiedlowej plotkary. Nie mniej jednak zaintrygowało mnie to. Albo raczej- zaczęłam się obawiać o samą siebie. Z naciskiem na samą.
- Podobno nie można się do nich dodzwonić.
- Oj to niedobrze. Jak więc i kto się zorientował, że było włamanie?
- Nie sposób było tego nie słyszeć, byli dość... głośni. To jeszcze żółtodzioby, nie mieli doświadczenia i prezycji. I dzięki Bogu.
- Tak, racja. To ja już pójdę. Dobranoc - postanowiłam ukrócić konwersację, która ze względu na temat-rzekę, mogłaby się ciągnąć godzinami.
- Dobranoc i uważaj na siebie dziecko.
- Dobrze będę. - to powiedziawszy przekręciłam klucz i weszłam do mieszkania. Rozglądnęłam się wokół- wszystko było na swoim miejscu. No nie, teraz przez to włamanie moja paranoja jeszcze się pogłębi. Podążyłam do kuchni by zrobić sobie herbatę. Zanim jeszcze zaświeciłam światło ujrzałam czerwone miganie, emitowało ono z telefonu. Wiadomość na stacjonarny? Rzadko się to zdarzało. Tylko w wielce oficjalnych sytuacjach. Wzięłam głęboki oddech i zabrałam się za odsłuchiwanie...

c.d.n


wtorek, 26 maja 2015

.,

Hej kochani! Przepraszam za duży poślizg w dodawaniu rozdziałów, ale miałam bardzo zajęty miesiąc...
Już niebawem rozdział VIII ;) .

Trzymajcie się ciepło ;*.

sobota, 11 kwietnia 2015

Rozdział VII

Rozdział VII


- Chyba sobie żartujesz. - powiedziałam, nie kryjąc oburzenia. Co on sobie myśli, że ja jestem pierwsza lepsza? Chociaż z drugiej strony... co mam do stracenia? "Honor!" krzyczała moja podświadomość. O nie, czułam, że po raz setny popełnię ten sam błąd. Pójdę za nim z nadzieją, zaufam. Znowu spróbuję budować swoje szczęście na nieistniejących fundamentach. Ten proces to chyba naprawdę nie ma końca. Gdybym zmieniła swoje postępowanie, chciała postąpić niekonwencjonalnie, to zapewne wybiegłabym z tego sklepu, co sił w nogach. Ale nie... ja musiałam zachować się jak zwykle- jak idiotka. Czy to moja wina, że serce znów mi szybko bije? Czy moim zamiarem... eh, co tu dużo gadać. Gdy patrzę na ten jego uśmiech mam ochotę mu wszystko wybaczyć. Nie umiem teraz trzeźwo myśleć. Chwytając się resztek przyzwoitości oznajmiłam w końcu:
- Mamy sporo do omówienia. Czekam na wyjaśnienia.
Mój rozmówca przechylił głowę i utkwił we mnie swe spojrzenie, a wręcz mnie nim prześwietlał.
- Nie udawaj. Przecież ty się wszystkiego domyślasz, przyznaj to. Ta praca zaszkodziła co prawda trochę twej główce, ale nie da się człowieka inteligentnego uczynić idiotą. Nigdy. - odparł. 
A właśnie, że się nie domyślałam. Krętacz pieprzony i tchórz! Przyznał, że jestem bystra... Ale jakim tonem! Nic się nie zmienił, dalej cham.
- Nie byliśmy związani żadną umową, toteż nie muszę ci niczego wyjaśniać. Zawaliłem. Tak! Ale czy to teraz ważne? Nie zmienię przeszłości. - mówił pewnym tonem, cały czas patrząc mi w oczy.- Przyjechałem tu dla ciebie, zrozum to!- że co?
- Teraz już nic nie rozumiem. - odparłam zmieszana. Bez sensu. Zrobiło mi się gorąco, a później zimno. Jak ten człowiek na mnie działał! To się w głowie nie mieściło. Położył mi rękę na ramieniu (dobrze, że nie gdzie indziej!). Teraz przywdział wyraz twarzy bolejącego. Aktor jeden, nie dam się nabrać!
- Sklep z bielizną to raczej nie jest odpowiednie miejsce na tego typu dyskusje.- syknęłam poirytowana, strzepując jednocześnie ze mnie jego dłoń.
- A dlaczego nie? - spytał z przekąsem, cofając się ostentacyjnie. 
Przewróciłam oczami. Miałam nadzieję, że nikt nie przysłuchuje się naszej nie do końca normalnej konwersacji. Chciałam stąd wyjść, ale jednocześnie coś mnie tu przytrzymywało, albo ktoś. Druga opcja proszę państwa. Skierowałam wzrok na podłogę, a następnie zacisnąwszy usta w cieńką kreskę przeniosłam go spowrotem na niego.
- Czy to nie oczywiste? - marnie naśladowałam jego ton głosu.
- Nie komplikuj sobie życia mała... i przy okazji mi. To jak będzie? - patrzył wyczekująco.
- Niby z czym?! - spytałam podniesionym głosem. Grałam na zwłokę.
- Z naszymi zakupami! - wygłosił, jakby to było najbardziej oczywistą rzeczą na świecie. Teraz mnie na maksa zdenerwował.
- Jakimi naszymi? Do reszty zdurniałeś! Przyszłam tu kupić coś dla siebie, ale już mi sie odechciało. Wychodzę, cześć! - Obróciłam się na pięcie, ale Marek chwycił mnie za rękę.
- Co znowu? - wycedziłam
- Poczekaj chwilę... 
- Na co?!
- Ci... - przytknął mi palec wskazujący do ust.
- Słucham. - odparłam zrezygnowana.
- Powiedz mi kochana, dla kogo chciałaś nosić bieliznę tu zakupioną? - spytał, nie kryjąc rozbawienia moją postawą.
- A co cię to obchodzi? Dla siebie! - jak on mnie irytował!
- No dobrze. Już myślałem, że... jakiś inny... - wybąkał zmieszany, nie wiedząc czy patrzeć się na ścianę, czy też na buty. O cholera- zazdrosny Marek! No, no... rzadko mi było dane widzieć go takim. Postanowiłam korzystać z okazji i "pocelebrować" tą chwilę nieco dłużej. Zmarszczyłam czoło udając, że coś sobie przypominam.
- Hmm... właściwie to istnieje taka ewentualność. Tak, chciałam kupić seksowną bieliznę z Intimissimi dla pewnego mężczyzny. - odparłam wybitnie aktorsko i o to chodziło. Pokiwałam głową. Patrzyłam z satysfakcją jak jego twarz zmienia wyraz, a zarazem kolor. Mamrotał coś niezrozumiale pod nosem. Postanowiłam ukrócić domysły.
- Chciałam ją kupić rok temu dla pana M, ale on nie docenił moich starań i zdradził mnie z panną P ! - tak, to była prawda. I w końcu miałam okazję mu o tym powiedzieć. Wyrzucić to z siebie i to jak! Klasa. Idealne zagranie. Zgasiłam go, jak parafinową świeczkę. Ale... równocześnie to strzał w moją skroń. Teraz wie... przyznałam się niejako, że był jedynym  mężczyzną w moim życiu. Cóż, taka jest prawda. Nadszedł czas wyjaśnień.
- Kasiuniu... to nie było tak jak myślisz. Nigdy cię nie zdradziłem...
- Akurat! - przerwałam mu wchodząc w słowo
- ... psychicznie. Tamten jednorazowy eksces z Pauliną był efektem, hm, ja wiem, ze dwóch promili alkoholu we krwi.  Pospolicie fizyczny kontakt, bez żadnych uczuć.
- Ty sobie kpisz, tak?
- Nie, skądże.
- Już nie żałuję, że wtedy z tobą zerwałam. Wychodzę! - obróciłam się i cała emanując złością pomknęłam w kierunku drzwi wyjściowych. Niektórzy ludzie swoimi minami zdradzili, że jednak słyszeli to i owo.
- Poczekaj, nie! - złapał mnie w połowie dystansu. Wyrwałam się szybko.
- Puść mnie!- krzyknęłam mu prosto w twarz. Nie oglądając się za siebie wtargnęłam na ulicę. Nie chciało mi się płakać, wcale. Po prostu przypomniałam sobie to wszystko. Że też musiał nasunąć się temat tej wstrętnej Pauliny, która niegdyś stała się gwoździem do trumny naszego związku. Wtedy zwalałam wszystko na siebie, katowałam się, jaka to ja jestem okropna i bezwartościowa. A ten mitu teraz wyskakuje, że to przez alkohol, akurat! Coś czuję, iż tej nocy nie będzie mi dane pospać za długo. Chyba łyknę nasenne, ale wpierw muszę się dostać do domu. Wsiadam w pierwszy lepszy tramwaj. Oby tylko jak najszybciej ulotnić się z tego miejsca. Zakładam słuchawki na uszy. Dobiega mnie głos soczystego, krwistego metalu. Tak, tego mi teraz było trzeba. Słucham tekstu o śmierci i robi mi się lepiej. Ale ta cholerna rana, która została dziś otworzona na nowo będzie, jak mniemam dawała o sobie znać jeszcze przez dłuuugi czas. Spoglądam za okno. Z początku nic, tylko szare budynki, lecz później... spostrzegłam małego chłopca stojącego na światłach. Gdy skierował twarz w moją stronę spostrzegłam, że to Chińczyk. Jeden z tych, których widziałam parę dni temu na moim osiedlu. Dziś wydawał się być taki smutny, ciekawe co go trapiło. "Witaj w klubie" - pomyślałam. A tramwaj ruszył dalej.
***

Tańczą w zwartym kręgu
Przednie odnóża składając błagalnie
Kogóż by tu zabić  kogo zgładzić
To taniec modliszek kręgi swe zawiera
Krzyczą a nikt nie nadchodzi
Szarpią bo wokół tylko ciemność
Żadnej nadziei na posiłek
Znikąd wytchnienia
Jęły obrażać niewidocznych
A łakną  to coraz bardziej
W końcu padają na ziemię
Bezsilne, ostygłe
I wciąż tak bardzo

Tak bardzo złe.
___________________________________________

PS: Dziękuję za mnóstwo miłych komentarzy, dzięki nim mam motywację do pisania. Cieszę się, że tyle osób czyta moje opowiadanie :)).

niedziela, 5 kwietnia 2015

Rozdział VI

Rozdział VI


Nierzadko zdarza nam się kłamać. Dziś mi to przypadło w udziale. Zapytana przez rodziców, gdzie też podziała się moja wypłata, wyminęłam gładko. To jeszcze nie ten czas. Ale teraz nie o tym. Istotniejsze jest to, co stało się później. Zbierałam się już do domu, gdy nagle poczułam znajome wibracje, któż to znowu? Pomyślałam, że to dobrze, iż mam wyciszony telefon. Rodzice próbowali mnie zatrzymać kawałkiem ciasta, czy propozycją wspólnego oglądania filmu, też coś. Bardzo uprzejmie, a zarazem stanowczo oznajmiłam im, że muszę iść, bo mam jeszcze dużo spraw na głowie. W odwecie na spojrzenie spod podniesionych brwi, które zaserwowała mi moja mama, odpowiedziałam wymijająco, iż spodziewam się gościa. Niech sobie myślą, że dalej z nim jestem, a co mi tam! Zadziwiająco szybko złapali przynętę.
- Idź, idź już skarbie, nie będziemy cię zatrzymywać. - odparła wspaniałomyślnie moja rodzicielka. Nie zamierzałam wnosić sprzeciwu.
Pożegnałam się z nimi, podziękowałam za spory kawałek ciasta czekoladowego i udałam się do wyjścia. Nie kwapiłam się, by schodzić z 9 piętra sposobem tradycyjnym, więc wybrałam windę. Mogłam tam również spokojnie odczytać SMS-a. Odblokowałam telefon. Numer nieznany. Pewnie jakieś promocje lub superoferty.
"Widziałem cię tam. Nie wnikaj w sprawę, dobrze ci radzę. N"
- Że co?! - pomyślałam. W jaką sprawę? Kto to jest ten pan "N" i gdzie mnie widział? Odpowiedź na te pytania miałam poznać dopiero za ładnych pare miesięcy.
W końcu doszłam do wniosku, że to jakieś głupie żarty i nie warto sobie tym zawracać głowy. Równocześnie moja kobieca intuicja podpowiadała mi, by nie usuwać tego SMS-a.
Moja wizyta u rodziców zakończyła się fiaskiem. Miałam im przecież powiedzieć o utracie pracy! Nie udało się... Tak pokierowali rozmową, że wiedziałam, iż gdybym im wyjawiła całą prawdę, to... byłoby ze mną źle. W najlepszym razie widziedziczyli by mnie. Och mama i tata- ludzie zasadniczy, nie przyjmujący do wiadomości, że mogą istnieć poglądy inne niż ich. Przekonałam się o tym dzisiaj po raz enty, gdy napomknęłam coś na kogo głosuję. To ci się zrobiła awantura! Uznali, że mam poprzestawiane w głowie. Nie zamierzałam dyskutować, a raczej - dolewać oliwy do ognia, więc szybko zmieniłam temat. Czemu ja muszę być taka uległa? O nie, nie chcę rozważać tego typu spraw, bo kojarzą mi się z relacjami... złymi, ze wszystkimi, nawet z przyjaciółmi. Chociaż... ostatnio się postawiłam, ale co mi to dało - ot utratę posady.
Dreptałam właśnie wzdłuż Marszałkowskiej. Tak wiem ta ulica i dreptanie to niezbyt pasujące połączenie, a wręcz kontrastowe. W wszechogarniającym zabieganiu ja - wolno idąca kruszyna wyglądałam conajmniej dziwnie. Spojrzałam na jedną z witryn sklepowych. Mój sposób rewizji tego typu obiektów jest nieco osobliwy. Nie patrzę na to co jest za szkłem, tylko "sprawdzam" swoje odbicie. Czy dobrze wyglądam, czy się nie garbię? Od dnia zależało, czy będą dwa "tak", czy też podwójne "nie". Mieszanych odpowiedzi nie przewidywałam, gdyż jedno zazwyczaj wpływało na drugie. Nie muszę mówić, który dzień był dzisiaj, chyba już zauważyliście, iż od kilku dni mój humor jest niezmiennie fatalny. Tragizuję? Może. Przypomniał mi się znajomy neon. Nie, to jeszcze nie ten czas. Póki co radzę sobie sama. Lustrując siebie po raz kolejny zauważam jednak to, co znajduje się po drugiej stronie. Jedna z topowych firm bieliźniarskich otworzyła właśnie nowy punkt sprzedaży- tu w samym sercu Warszawy. Kolorowe baloniki miały chyba oznajmiać promocję.
- Niech stracę. - pomyślałam. Wchodzę. Już na progu wita mnie urocza blondyneczka na szpileczkach, pokazująca swoje śnieżnobiałe uzębienie. Idealnie pospolita. Wciska mi do ręki kupon rabatowy i życzy miłych zakupów. Jej mina wyrażała jednak co innego- "Co ta biedaczka tu robi? I tak nic nie kupi." - zdawało się mówić jej spojrzenie. A może to tylko moje przypuszczienia? Tak, czy inaczej nie wyglądałam dziś najlepiej, jeśli chodzi o outfit. Czarny długi sweter, czarne obcisłe rurki i znoszone (zgadnijcie jakie!) conversy. Całość pięknie pasowała do moich hebanowych, ale krótkich włosów. No, przecież idealnie, czego ona ode mnie chce? Ironizowałam jak zwykle w myślach. Dobrze, zobaczmy co tu mają. Przeszłam od razu do części sklepu okraszonej napisem "promocja". Nie miałam bowiem ochoty spoglądać na wszechogarniające trzycyfrowe liczby na metkach. Gdy dotarłam do działu przeznaczonego dla ludzi o takich zasobach pieniężnych jak ja, wzięłam do ręki pierwszy lepszy biustonosz. Ładny krój, przystępna cena do tego ten śliczny szmaragdowy kolor... Tylko rozmiar za duży. Zaczęłam poszukiwania mniejszego. Bezskutecznie. Cóż najwidoczniej ten sklep jest przeznaczony dla bardzo kobiecych kobiet, to nie nowość! Już, już miałam zmierzać do wyjścia, gdy nagle ktoś chwycił mnie za ramię. Obróciłam się zdezorientowana.
- Kasia to ty? O cholera, co za spotkanie, a jednak!
O kurcze, zbladłam. Że też w całej półtora milionowej stolicy musiałam spotkać właśnie jego i to teraz, gdy zupełnie nie byłam na to gotowa. Cóż... jak pech, to pech. Wzięłam głęboki oddech. Mój rozmówca patrzył na mnie z nieschodzącym wciąż z twarzy uśmiechem. Pasowałoby się odezwać, niech sobie nie myśli, że zaparło mi dech w piersi na jego widok. Niedoczekanie!
- Proszę, proszę kogo moje oczy widzą. Pan Krętacz. To ty nie na spotkaniu z kumplami? Zadziwiające, że masz czas włóczyć się po sklepach z damską bielizną. - ironizowałam nie kryjąc niezadowolenia. Tak skarbie twoja obecność tutaj nie jest mi na rękę.
Marek zmarszczył brwi uśmiechając się równocześnie, udawał zawadiackiego. Pokręcił głową i posłał mi spojrzenie w stylu "Ej Kasia, co ty tworzysz...". Nie traktował mnie poważnie, no nie!
- Tak się złożyło dziwnie. Wygospodarowałem wolną chwilę. - odezwał się w końcu. Charakter jego wypowiedzi był przesycony sarkazmem. Uroczo. Spojrzał na mnie spod podniesonych brwi, oczy mu błyszczały. Kpił ze mnie.
- Daruj sobie, chyba już pójdę. - nie wiedzieć czemu chciałam to jak najszybciej zakończyć.
- Moje krętactwo było celowe. Jestem w mieście już kilka dni, a widzimy się po raz pierwszy. Myślisz, że to przypadek? A co jeśli to było przeze mnie sterowane? - to już bezczelność! Zaraz mu przemówię do rozumu.
- Wcale się nie spotykałeś z żadnymi kumplami tak? Chciałeś mnie tylko potrzymać w niepewności. - pierwsze zadałam pytanie, a później sama sobie na nie odpowiedziałam. Przybrałam bezbarwny ton, choć w środku miałam zamęt. Zaczęła do mnie dochodzić pewna prawda.
- To chyba było oczywiste. - potwierdził tonem mądrzejszego niż jest.
- Cóż...- zaczęłam
- Nie pozwolę ci teraz odejść. - oznajmił chwytając mnie jednocześnie za ramię.
- Jesteś bezczelny. - odważyłam się w końcu wyrazić moją myśl.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Tęskniłem za tą częścią twojej osobowości. Co powiesz na małe zakupy? - szepnął konspiracyjnie. Że co? Jego już totalnie pogięło.
Spojrzałam na niego jak na wariata. Ponownie wzięłam głęboki oddech.
____________________________

Brakowało mi tej przerwy w pisaniu. Wracam z energią i nowymi pomysłami. Piszcie w komentarzach jak wam się podoba rozdział i ogólnie opowiadanie, co konkretnie. Będzie mi po stokroć milej jeśli się rozpiszecie :).
Pozdrawiam!

piątek, 6 marca 2015

Rozdział V

Rozdział V

Wieczór. Pub Chilly. Miało być na luzie i kameralnie, a jest... cóż wybuchowo. To niestosowne określenie, takie... niegramatyczne, ale w istocie najbardziej oddaje nastrój imprezy "powitalnej" Justynki mej. Trochę plącze mi się język, tak wiem. Dziwne, przecież wypiłam tylko kilka kolorowych drinków, zaraz, kamikadze? Chyba tak się nazywały. Wraz z każdą kolejną kroplą alkoholu spływającą w dół mojego przełyku, czułam, że moje problemy ulatniają się, pryskają. Czym ja się tak przejmowałam? Zapomniałam, przysięgam. Tańczyłam, flirtowałam, piłam i tak na okrągło. Nawet nie zorientowałam się, gdy goście zaczęli wychodzić, a wielki, stary zegar z cherubinami po bokach wybił godzinę trzecią w nocy. No nie! Miałam jeszcze tyle do powiedzenia temu przystojnemu blondynowi, zaraz, jak mu było? A, Wojtek. Coś mi nie grało, zrobiłam minę myśliciela i zastanawiałam się co takiego. Już wiem! Pociągnęłam przechodzącą akurat Justynę za rękaw. Popatrzyła na mnie błędnym wzrokiem.
- Co się stało? - wymamrotała, zmroczona zbyt dużą ilością wina.
- Nie lubię imion, które się kończą na "k". - powiedziałam kocim głosem, nienaturalnie przeciągając samogłoski i robiąc równocześnie minę obrażonego dziecka. - Wiesz o tym Dżasta, wiesz? - bełkotałam, jeny ale byłam wstawiona!
- Tak.. wiem. - wytrzeszczyła oczy i chwytając się moich ramion uratowała się przed upadkiem na ziemię.
- To dobrze. - zachwiałam się i ja.
- Chodźmy już do domu. - bąknęła gdzieś spomiędzy moich włosów.
- Nie chcę, jeszcze muszę mu powiedzieć, że się mi podoba. - zaoponowałam
- Kto? - pisnęła
- No ten blondyn, wiesz ... - pochyliłam się nad barem i... chyba urwał mi się film.

***
Szukam Cię już tyle lat
proste słowa znaczą wszystko
 lecz czegoś wciąż mi brak 
a przecież to jest tak blisko. 
Przechodzę wciąż koło świecy
raz za razem zerkam 
Zapalić się nie da
 zbyt chłodno 
tak ciężko
 zwlekam.
***

Wieczór z przyjaciółmi był miłą odskocznią od rzeczywistości. Ale trzeba już powrócić do szarego życia i powiedzieć rodzicom o utracie pracy oraz mandacie. Mój Boże! Moje życie jest bez sensu. Powtarzam to ciągle. Co bym nie robiła i tak to będzie nudne, jak... zmywanie naczyń. Nawet moja szafa mnie nie lubi.
Gdy otworzyłam ją rano, splunęła we mnie bluzką, szarą i starą. Był na niej taki oto napis "Keep Calm and Fuck you!" - w istocie, nawet bez cenzury. No pięknie. Założyłam, a co ! Zaczęłam się zastanawiać, co by było gdyby ktoś ubrał taką, załóżmy na rozprawę sądową. Ja to mam rozkminy. Przecież nigdy na żadną nie
pójdę, nie jestem kryminalistką, więc po co się nad tym zastanawiam? Bo jestem dziwna, tak wiem to Alicjo. Wiem, pamiętam każde spojrzenie, każdy gest, pogarda, złość, zmieszanie, zamknięcie drzwi przed nosem, obśmianie, zazdrość, nienawiść i tak dalej. Wszystko pamiętam, nie jestem panią do towarzystwa,
nie stoi się koło mnie lecz przede mną. Kuźwa do kwadratu, nie, nie cytuję tutaj panny Steele. Boże, po raz kolejny, niech ktoś mnie uratuje z tej otchłani, czy ja mam schizofrenię? Czy ja jestem normalna? Czy istnieje coś lub ktoś, co jest powodem tymczasowej ziemskiej egzystencji? Ileż można! Pójdę znowu w to miasto, spotkam kogoś, kto jest dla mnie całkiem obcy. Nawet gdybym szła do pracy, to nic nie da.
Patrząc niekiedy na świat, widzę wolontariuszy. Oni przynajmniej coś robią dla innych; pomagają. Te osoby mają jakiś sens życia. Wspierają starszych w ostatnich dniach życia, albo opiekują się opuszczonymi
dziećmi. Pielęgnują zwierzęta w schronisku lub dokarmiają zimą ptaki. Przebierają staruszków, myją im okna, sprzątają dom. To piękne być pracownikiem społecznym. O wiele bardziej pożyteczne, niż bezsensowne stukanie w klawiaturę, co robiłam ja, na stażu w biurze. Chciałabym do nich dołączyć. Schizofrenia, albo inne dziadostwo (nie znam się na tym), bezsprzecznie! Przecież to nie ja mówię, to nie ja myślę. To nie są moje słowa. Ktoś sobie steruje moim mózgiem, hmm wybornie! Na kaca mi to nie wygląda, byłam już niejednokrotnie w tym stanie i zawsze poza bólem głowy nie było innych objawów, a już na pewno nie bredziłam od rzeczy.
Przypomniałam sobie przyjaciół z dzieciństwa, a raczej fakt, że niewielu ich miałam. Może przesadzam? Sięgnęłam pamięcią do znajomych za czasów liceum. O tak, było parę duszyczek wartych zapamiętania. Często uśmiechałam się z myślą, że za niedługo ich spotkam. Rozmowy między nami było niewiele, ale parę słów wystarczyło. Ważne, że było to w szczerości i w wielkiej, obustronnej sympatii. To piękna rzecz mieć przyjaciela, który cię wspiera. Niby było kilka osób, do których mogłam się zwrócić o pomoc, wiem że bym ją dostała, ale... brakowało mi odwagi. Obawiałam się, że mnie nie zrozumią, albo co gorsza zbagatelizują moje problemy. Myślałam wówczas, że poradzę sobie z nimi sama. Nic bardziej mylnego, albowiem z roku na rok było coraz gorzej. Nie można odkładać nawrócenia w nieskończoność. Byłam blisko, a jednocześnie tak daleko. Wszystko wiedziałam, znałam konsekwencje; co zrobiłam krok do przodu, to zaraz dwa do tyłu. W efekcie cofałam się. W końcu pewnego dnia zaświeciło słońce. Wydawało mi się to czymś trudnym, a po udanej próbie okazało się łatwe jak mrugnięcie okiem. Wiem, złe użycie porównania, ale jestem pewna, iż wiecie o co chodzi. Oczywiście po wszystkim zaczęło być jeszcze trudniej; ciągłe próby, kłody pod nogi, utrudnianie życia.  A to wszystko po to by mnie złamać. Nagle, ot tak, zaczęłam mieć nawet problemy z matematyką, z którą wcześniej radziłam sobie świetnie. Najprostsze zadania odkładałam do półki, nie mogłam zmusić się także do nauki z innych przedmiotów. Ale to było chwilowe, zaufałam i się poprawiło.
Spotkałam moich przyjaciół. Cudnie.

***

To był taki piękny dzień. Błękit nieba wręcz raził po oczach. Pomimo chłodnej aury, zmuszona byłam założyć okulary przeciwsłoneczne. Idealna metafora oddająca stan mojej duszy. Zamiast jednak wsłuchiwać się w dźwięki otoczenia, nałożyłam słuchawki na uszy, ponieważ z zewnątrz dochodził przerażający śpiew- pisk. Nic nie denerwuje bardziej niż fałszywa melodia. Mówiłam wam już o próbach? Czy tylko mi się zdawało, co mogło właściwie nastąpić, jako skutek uboczny spożywania zbyt dużej ilości alkoholu. W każdym razie to była jedna z nich. Teraz jeszcze do jęku doszło tupanie. Czułam, że zaraz dostanę fioła, docisnęłam więc mocniej moje słuchawki. Szybko, pierwsza, lepsza piosenka. Tak, mogę iść dalej. Przechodzę przez ulice i skwery, mijam, widzę rowerzystów, motocyklistów; panie w ciąży, kobiety z małymi dziećmi, nastolatków, zabieganych dorosłych, biznesmenów, staruszków. A oni widzą mnie. Wolno idącą, z góry już nie pasującą do otoczenia. Taką się właśnie czułam. Och, na chwilę ustał hałas, byłam jednak w ciągłym stresie, bo wiedziałam, że wróci. A może by tak kazać jej się uciszyć? Nie posłucha, zacznie głośniej. Nie mogłam być tego pewna, a równocześnie nie mogłam nie być. Rozumiecie? To tak samo jak z dowodami na istnienie rzeczy, których nie widzimy. Nigdy nie dojdziemy do consensus, to tylko kwestia naszego elastycznego, bądź nie, umysłu.
Chyba ucichło na dobre, jestem temu rada. Zaciągam się powietrzem. Takie świeże, takie zimne, takie rześkie. Jak moje serce. Ze świeżą raną, zimne;  nauczone obojętności wobec innych, rześkie, bo jednak co rusz budzi się, przerywając śpiączkę. Gdyby ludzie mnie pytali, zapewne milczałabym. Nigdy nie lubiłam nieoświeconego tłumu. Odi profanum vulgus et arceo. Czy jakoś tak. Wolę natomiast, gdy podejdzie do mnie jedna osoba, ale broń Boże niech nie pyta; "Co się stało?" Niech się zbliży po cichu, chwyci za rękę, bądź przytuli (a najlepiej jedno i drugie). Wtedy będę wiedziała, że wszystko się ułoży, a przynajmniej posiądę taką nadzieję. Widzisz? To proste. Ta, marzenia.
 Lubię sobie czasem poskakać po chmurach, ale nie białych. Te kojarzą mi się z reklamą Algidy i ze sztucznością. Ja lubię szybować wśród różowych, tych które zwiastują nadejście wieczoru. Z początku jaśniutkie, kremowe, później zaś przechodzące w różowe i fioletowe. Cudne.
Takie wspomnienie; mała ja, mała Edytka. Wróciłam właśnie z Zakopanego i opowiadam jej, że chmur nie da się dotknąć, że to mgła (posiadłam tą wiedzę będąc na Kasprowym Wierchu). Moja przyjaciółka patrzyła na mnie z niedowierzaniem; "Jak to? Na chmurze nie da się stanąć?" Ano nie. Wielkie opanowało ją wówczas zdziwienie. Czasem, gdy zdajemy sobie z czegoś sprawę, dochodzi do nas jacy byliśmy wcześniej ślepi. Miałam tak ze świętym Mikołajem, oraz gdy dowiedziałam się, jak się robi dzieci. To przecież oczywiste! Bo niby dlaczego dziecko jest podobne do tatusia skoro mama je rodzi? - mając mniej więcej 4 lata to wywnioskowałam. Prawdę poznałam nieco później. To samo z świętym, ale tu byłam zawiedziona. Wolałabym całe życie w niego wierzyć. Ta magia, nieopisane szczęście z posiadania czegoś. Teraz pieniądze są dla mnie niczym, ot zwykłe papierki. I tak nie mogę ich wydawać, więc na co mi ? W dzieciństwie 2 złote to był majątek. Za tamtych czasów szczytem hardcoru było zostanie na dworze do 21. Oczywiście latem. Zimą szło się na godzinę lub dwie, ulepić bałwana, albo coś podobnego, tylko mniejszych rozmiarów ( ze względu na lenistwo); ewentualnie szybkie sanki i do domu by nie zmarznąć. Smarowałam policzki kremem Nivea. Do dziś uwielbiam ten zapach.
Ile człowiek jest w stanie zapamiętać? Ulotne wspomnienia, kruche, lecz jakże piękne. Niejednokrotnie w trakcie wspominanych zdarzeń, nie czułam się tak wspaniale. Później po prostu idealizowałam je sobie w myślach. Z tymi złymi było na odwrót; w trakcie przeżywania; zgroza, smutek nieopisany. Gdy wspominam; ah , przesadzałam, właściwie to nie było takie okropne. Tak to już z nami jest.
Mimochodem słyszę, że zapanowała w końcu całkowita cisza. Uspokoiłam umysł. Wygrałam, tak! Z doświadczenia wiedziałam jednak, że nie należy się tak cieszyć. To mnie dopadnie prędzej, czy później, ale nie warto się martwić na zapas. Cieszmy się chwilą i świecącym słońcem.
Chowam do torebki okulary, ściągam słuchawki. Patrzę wokoło. Jest jakoś inaczej. W mą duszę wkradł się spokój. Silencium.

czwartek, 19 lutego 2015

Rozdział IV

tak lekko jest pięknie żyć
marzenia starą kartą
idzie nowe nierzadko mocniej
czuć wazeliną i naftą

odkładasz na półkę powyrywane
kartki straszą swą ...
posklejana okładka tu i ówdzie
taśmą klejącą na kleju
ukazuje duszę kobiety zbłąkanej
kiedyś miała dużo

dziś zostały tylko
papiery zżółknięte w istocie
chętniej emanują tym co było
a tu na stronie
sześćdziesiątej czwartej plamka
tak bardzo nowa
__________________________________________


O zakupach z Agness właściwie nie ma co mówić. Przeszłam przez nie, jakby mnie tam nie było. Duchem leciałam gdzieś dalej. Co jakiś czas wtrącałam ogólniki; świetnie ci w tym, boskie, cudne, nie nie, ja nic nie kupuję. Wiadomo o kim myślałam, to głupie. Przecież on ma mnie w poważaniu. I cały czas w kółko ten sam tok rozumowania. Ile czasu musi minąć zanim się uwolnię? Pół roku, tak obstawiam. Niemniej jednak coś tego dnia przykuło moją uwagę na dłużej, mącąc mi trochę w głowie i dobrze!  Podążałyśmy wzdłuż ulicy Grunwaldzkiej, moja przyjaciółka obkupiona po wsze czasy (na wypadek kataklizmu albo innej sytuacji wymagającej nienagannego outfitu). Tego jej oczywiście nie powiedziałam. Ironizowałam w myślach, jak zawsze. Szłyśmy w milczeniu, w sumie mi to odpowiadało. Na rogu zaczepiła nas jakaś kobieta. Ogarnęło mnie przerażenie, gdy spostrzegłam, że to wróżka! Albo ktoś kto pozoruje na takową. Zawiązała się między nami następująca konwersacja:
- Witam, czy mają panie chwilkę na krótką rozmowę? - spytała. Głos miała dźwięczny, ale mocny. Co to w ogóle za pojęcie! Dźwięczny jak Dzwon Zygmunta, nie jak dzwoneczki u sań, dobre!
Agnieszka popatrzyła się na nią z konsternacją i odpowiedziała:
- To zależy o czym.
Kobieta w podeszłym już wieku prześwietliła nas wzrokiem. Następnie popatrzyła się wprost na mnie.
- Jesteś nierozważna. Nie masz prawdziwych problemów, więc mnożysz sobie tych urojonych. Ale już niedługo staniesz przed prawdziwą próbą, przed wyborem, dzięki niemu i przez niego dopełni się przeznaczenie. Nie wiedziałam; śmiać się, czy płakać. Co za brednie! Co ona wie o moich rozterkach. Pociągnęłam moją towarzyszkę za rękaw.
- Chodź, idziemy stąd. - wycedziłam
- Czekaj, czekaj, ja też chcę usłyszeć co nastąpi. - ot cała głupiutka Agness
Staruszka jednak odwróciła się i poszła w przeciwną stronę. Skąd się biorą w tym mieście takie osoby? Niedorzeczność. Co miałyśmy zrobić, ruszyłyśmy dalej. Moja towarzyszka wyraźnie poirytowana tym, że owa nieznajoma ją zignorowała, a ja zażenowana głupią przepowiednią. Skupiłam się na kopaniu kamyka, który wpadł pod moje nogi. Agnieszka milczała. Nagle z lewej strony coś zajarzyło, obróciwszy się zobaczyłam jakiś nowy zakład, który świecił się neonami z wszystkich stron. Zaraz, to nie sklep. Przyjrzałam się napisowi, który widniał nad wejściem. "Poradnia Psychologiczna Promień" o kuźwa.
- Ty Agness patrz tylko na to. - pokazałam na szyld zanosząc się od śmiechu. - Co za niedorzeczna nazwa.. i te neony! Kto zechce tu przyjść?
- No właśnie wszyscy zechcą. To ich przyciągnie. Pierwszy raz widzę coś takiego, a widziałam wiele. Inteligentni ludzie nad tym pracowali. - skwitowała z niepodobną sobie suchością.
- Widać, że z tobą już dziś nie pogada. - powiedziałam kwaśno, ale ona mnie nie słuchała. Szła sobie zatopiona we własnych myślach. Ach te jej zmienne nastroje, może okres jej się zbliża?
Gdy doszłyśmy do skrzyżowania pożegnałam się z nią i ruszyłam w stronę mojego osiedla. Dziś zrezygnuję z tramwaju. Spacer na świeżym powietrzu dobrze mi zrobi, zwłaszcza wieczorną porą. - nakazałam sobie w głowie. Nie liczyłam na to, że choć trochę zapomnę, ale poniekąd udało się. Teraz po głowie chodziła mi ta czarownica, czy tam ktokolwiek to był. Myślałam też o poradni psychologicznej Promień i zastanawiałam się ile może kosztować jedna wizyta. Sądząc po bogatym wystroju pewnie dużo, ale nie ma co oceniać książki po okładce. Cholera co ja robię! - zganiłam siebie w myślach. Nie zamierzam tam iść nie jestem psychiczna!
Już miałam wejść w moją uliczkę, gdy nagle przede mną zatrzymał się niewielki bus. Przystanęłam, gdyż zatorował mi drogę. Z bezpiecznej odległości obserwowałam. Ujrzałam gromadkę dzieci wychodzącą z niego wraz z jakąś panią. Zaraz, zaraz, tak na oko ten pojazd mieści w sobie 10 miejsc, a tych dzieci było co najmniej piętnaścioro plus kobieta i kierowca. Już mi się to nie podobało. Gdy przeszli kawałek i znaleźli się pod latarnią, zauważyłam, że to Chińczycy! O cholera. W sumie w Warszawie widuję ich codziennie, z tą różnicą, że raczej dorosłych, a nie dzieci. Grupa oddaliła się szybko, a bus odjechał. Poszłam więc dalej skonsternowana. Ile dziwnych rzeczy będzie mi dane jeszcze dzisiaj zobaczyć?
***

Źle spałam tej nocy. Dręczyły mnie jakieś dziwaczne sny. Nie pamiętam zbyt wiele, jedyne co z nich kojarzę to karty tarota, podobne do tych jakie miała uliczna wróżka oraz małego bobaska, który leżał w półmroku, nie było mi więc dane zobaczyć jego twarzy. Dziwne. Muszę zajrzeć do znaczenia snów, choć wiem, że
to bzdury.  Spojrzałam na telefon; miałam trzy nowe wiadomości. Jedna od mamy, druga od koleżanka z roku, a trzecia... od Marka. No nie! Jęknęłam w duchu. Otworzę ją na końcu nie obchodzi mnie to. Ciekawość jednak zwyciężyła i zerknęłam.
"Przepraszam, straszny ze mnie... Kasia przyjdę do Ciebie."
Że co? Ten znowu miesza. Już, już chciałam mu odpisać coś w stylu klasycznego "wal się", gdy nagle znowu to znajome uczucie, a raczej ukłucie. Nie, muszę zachować honor. Nie ma "co by było gdyby" , liczą się fakty. Wystukuje szybko: "Nie mam czasu." Choć to wierutna bzdura. Nie miałam tego dnia nic do roboty, przecież wyrzucili mnie z pracy. Czekałam, czy może coś odpowie, ale nie. Zabrałam się do przygotowania sobie śniadania. W międzyczasie zadzwoniła Justyna, moja najlepsza przyjaciółka, znamy się z rodzinnego Piaseczna.
- Hej Kaśka! Mówię ci co się stało. Nie uwierzysz. - w słuchawce rozbrzmiał jej radosny, podekscytowany głos.
- Hej, miło, że dzwonisz. Co jest? - udawałam optymizm i nawet dobrze mi to wychodziło.
- Przenoszę się z Jagiellońskiego na Warszawski, świetnie co? - krzyknęła. Ach mówi o uniwersytecie. Szalona dziewica.
- O kurcze, ty to jesteś genialna po prostu. Dlaczego? - spytałam śmiejąc się
- Tam lepsze możliwości. No i bliżej do domu. - podsumowała
- Racja. Cieszę się, serio.
- Ale wiesz co... - zaczęła tajemniczo
- Jeszcze coś?
- Będę dziś w Wawie. Opijamy sukces! - poinformowała wciąż bardzo entuzjastycznie. To ci niespodzianka.
- O kurcze, mega! Oficjalnie czy na lajcie? Chcę wiedzieć jak się ubrać. - spytałam
- Na lajcie, a jak!
- Mogłam się domyślić. To na którą?
- Na 20 w Chimerze.
- Ok to do zobaczenia - pożegnałam ją
- Cześć! - odpowiedziała wesoło i rozłączyła się.
Super, jednak mam co robić. Podążyłam w kierunku szafy, w końcu wybiorę coś nie na ostatnią chwilę. Hmm... może by tak czarny wysadzany diamencikami top  i do tego klasyczne czarne rurki, a na nogi conversy? Nie, to zbyt zwyczajnie. Może zamiast rurek spódnica? Conversy w zimie? Eh za dużo tego. Wybiorę coś koło 19, jak zwykle last minute. Postanowiłam dokończyć wypożyczoną miesiąc temu książkę. Usadowiłam się wygodnie w miękkim fotelu i wzięłam się za czytanie.
Kylie otworzyła oczy. Chwilę to trwało zanim odeszło z niej senne otępienie. Zaczęła kojarzyć fakty, poznała, gdzie jest. Znała to miejsce bardzo dobrze. Nieduży pokój usytuowany na drugim piętrze willi Amber (a raczej jej rodziców). Jedyne co pamiętała z ubiegłego wieczoru to te spojrzenie spod półprzymkniętych powiek okolone długimi rzęsami. Mimowolnie uśmiechnęła się na same jego wspomnienie, lecz  chwilę później jej twarz wykrzywił grymas, bo przypomniała sobie ciąg dalszy. W sumie to, co zwykle - niedopasowanie, rozczarowanie i szybki koniec... wszystkiego. Gdy była mała marzyła o księciu na białym koniu. Teraz chce tylko stabilności uczuciowej i stałości związku, czy to zbyt wiele? Nie znała odpowiedzi na to pytanie. Szary świt przemieniał się powoli w słoneczny, lipcowy dzień. Kylie zapisała sobie w pamięci ostatnią dobę prócz wieczoru oczywiście, bo uznała, że warto. Gorące, aczkolwiek parne powietrze i komplementarnie do tego rozgrzane, parujące ciała przechadzające się wokół basenu. Dziewczyny w skąpych bikini pokazywały swoje wdzięki. Góra idealnie wycięta, ot skrawek materiału, o dole już w ogóle nie ma co mówić. Muskularni faceci siedzieli podparci na brzegu i komentowali to, co widzą. Kylie jako jedyna była ubrana, wróć, nie jedyna, bo ON też.

- Co to za głupoty, muszę wypożyczyć coś bardziej ambitnego. - pouczyłam sama siebie. Zauważyłam, że ostatnio mój gust zepsuł się diametralnie i nie mówię tu tylko o literaturze. Kiedyś powieści noblistów, teraz wypociny jakiejś znudzonej życiem amerykanki, która próbuje udawać młodszą niż jest. Swego czasu zajmowałam się nauką, a teraz uganiam się za facetem, który mnie nawet nie chce. Czy ja właśnie przyznałam się do tego?! To już jakiś postęp, albo po prostu jest gorzej niż źle. Jedno  z dwojga. Muszę jakoś wyjść z tego bezsensu

czwartek, 22 stycznia 2015

Rozdział III

Rozdział III

Jest dobrze. Bardzo. Przyjmując kryteria sytuacyjne oczywiście. Przestałam już płakać. Trzęsłam się tylko i oddychałam zachłannie, nierówno. Wdechy nie przynosiły mi jednak ulgi, cały czas zdawało mi się, że zaraz się uduszę. Kolejnym krokiem w wracaniu do normalności było wstanie z posadzki. Skontrolowałam czas. Matko, już siódma. Zaczęłam się denerwować, jak przed egzaminem. Nie, wróć. To nie ten rodzaj stresu. Przyszło mi do głowy trywialne porównanie; stresowałam się jak kiedyś, przed wizytą księdza, gdy
chodził po kolędzie. Oczywiście, co by tu mówić, nie ta skala, ale jednak... TO oczekiwanie na COŚ nieprzyjemnego, przymusowego. A może w ogóle nie zadzwoni? Mój Boże, byłam wsprost żałosna. Powinnam go już dawno mieć w poważaniu, kopnąć w tyłek, zapomnieć o nim, zostawić! Tak zrobiłaby szanująca się kobieta. Ja najwyraźniej do takich nie należałam. Ba, na pewno! Czułam to do samej siebie.
Wstręt, złość, litość, a mimo to i tak zawsze mnie wielce dziwiło dlaczego inni obchodzą się ze mną jak... Nie! Znowu będę płakać. Ta idiotka przeprosiła by każdą inną osobę, oprócz ciebie. To nic, że później cię wszystko bolało. Ale jaki to ma związek z Markiem?! Żaden. Tyle... że on niegdyś postąpił tak samo. Moje życie to pasmo podobnych do siebie sytuacji. Zawsze w swoim mniemaniu postępuję dobrze, ale nie odnosi to żadnych skutków. Ja jestem miła dla innych, a oni mnie ranią. I tak w kółko. Mam się nad SOBĄ zastanowić?! Chore. Nie... może to ja jestem chora? Nikt nigdy mi nie powiedział, żebym poszła do psychologa. [Oprócz mojej matki, ale to ona sama była psychiczna (bo niby bicie swoich dzieci jest normalne?) więc miałam jej zdanie gdzieś.] Jedyną osobą, która już od dłuższego czasu, życzliwie mi radzi, ażebym udała się do specjalisty byłam ja sama. Dlaczego? Nie kontrolowałam już swoich zachowań, coraz częściej popadałam w depresję, prawie codziennie myślałam o śmierci. Mało powodów? Najgorsze jest to,
że nikt tego nie zauważa. Ludzie mówią mi "przecież ty zawsze jesteś uśmiechnięta". CO?! Kiedy ostatnio szczerze się uśmiechałam? Nie pamiętam. Chodzę zdeprechowana, ale nikt tego nie zauważa. Jak próbuję mówić o swoich problemach, to albo nie słuchają, albo mają gdzieś! Mniemam, że pani psycholog zrobiłaby to samo. Już ją widzę; piszącą SMS-y w trakcie, gdy ja opowiadam o moich schizach.
Niedoczekanie! To by mnie wykończyło jeszcze szybciej. A chcę żyć. Bo na horyzoncie tli się jeszcze promyk nadziei.

***

Godzinę później siedziałam już, jak na szpilkach. Stwierdziłam, że wszystko jest możliwe, toteż ubrałam się w miarę przyzwoicie i zrobiłam na nowo makijaż (wiecie, co się stało z poprzednim). "Nie zadzwoni! Faceci to kłamcy." - podpowiadał mi mój mózg. A ucisz się cholerniku.W mojej głowie kłębiły się setki pytań. Dlaczego? Co? Z kim? Kiedy? Mam chorą nadzieję, że mi na nie odpowie. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to jutro się z nim zobaczę. Dwa bite w pysk miesiące rozłąki. Po obojętności jego głosu stwierdzam, iż dla niego to była pestka. Ot, chłodny wietrzyk w upalny dzień. Dla mnie to była Sahara; emocjonalna i mentalna.
W chwili, gdy elektroniczny zegar, wbudowany w wideo wybił 20:00 gdzieś pomiędzy żebrały coś mnie ukłuło. Mój oddech przyspieszył. Nigdy nie umiem w pełni oddać tego stanu. Wyobraź sobie, że twoja praca magisterska, bez kopii zapasowej usuwa się w całości. Zauważasz to dopiero dzień później. Ta pierwsza sekunda, po spostrzeżeniu jest TYM uczuciem.
Przesiedziałam na sofie całą minutę, trzymając w ręku mojego Iphona. I kolejną. Następną. Gdy wybiła 20:08 zaczęłam się irytować. Sprawdzałam co chwilę, jak nienormalna, czy aby nie ściszyłam telefonu. "Zaraz. Wytrzymaj". Nie! Nie chcę być znowu zapomniana, oszukana. Nie wiem co gorsze. Kolejne złudzenie, porażka. Czy ja kiedykolwiek zmądrzeje? "On nie zadzwoni" powiedziałam do samej siebie zgorzkniale, wpatrując się w jeden punkt i kręcąc bezwiednie głową. Znowu te głupie łzy. Wyszłam do łazienki się z nimi uporać. Ochlapałam rozgrzaną twarz. Lodowatą wodą, tak aby zmyć z siebie to uczucie gorąca. Zza szumu lecącej wody, dało się usłyszeć, jakąś piosenkę. Czy radio same mi się włączyło? To Chandelier. Lubię tą piosenkę. Ku*wa! To przecież dzwonek telefoniczny. "Czekaj" krzyknęłam w biegu. W niecałe trzy sekundy byłam z powrotem w salonie. Rzucając się na sofę w ostatniej chwili odebrałam.
- Halo? - rzuciłam trochę za głośno, biorąc głęboki oddech.
- Hej, biegałaś? Tak dziwnie sapiesz. No w każdym razie będę jutro nie? Jak chcesz, to możemy się ustawić. Na rynku o 14 pasuje? A nie, ty masz pracę. Cholera, o 16 mam spotkanie. -  wyrzucił z siebie jednym tchem, niedbale. Taki słowotok. Zatkało mnie.
- Hej. Nie. U mnie w porządku. - przecież on cię o to nie pytał! - Nie mam pracy, więc może być o 14. - odparłam lakonicznie.
- Jak to nie masz, a dziś gdzie byłaś? Nie, o 14-tej nie może być, bo idę ze starym kumplem ze szkoły na piwo. Może by tak...
- Nie mam pracy, wywalili mnie dzisiaj. - przerwałam ten idiotyczny wywód.
- Co ? - no w końcu jakaś reakcja, brawo! Dało mi to nadzieję, że jednak mnie wysłucha.
- Szef chciał mnie wykorzystać. Zwróciłam mu uwagę. Wyrzucił mnie. - ot trzy proste zdania, w wypowiedzenie których wykorzystałam całą swą energię. Każde było wyartykułowane z przesadną wręcz dykcją, lecz bez emocji. Marek jakby dalej nie wiedząc o czym mówię podsumował:
 - Widzisz, nie trzeba było zwracać, masz nauczkę. Wracając do tematu, to o 14-tej też nie mogę.
- Czy. Ty. Chcesz. Się. W ogóle. Ze. Mną. Spotkać? - każdą kropkę tu należy traktować jak wzięcie głębokiego oddechu. Gotowało się we mnie. No teraz, to już przesadził po całości. Czy on mnie nie słucha, a może uważa, że lepiej dać się wykorzystać dla dobra pracy? Już nie wiem co gorsze. Zaciskając mocno powieki i krzywiac twarz w takim grymasie, którego jak mniemam nie oddaje nawet najstraszniejsza maska, czekałam na odpowiedź.
- No właśnie jest z tym problem słuchaj, bo Adam... - odparł udając zmartwionego.
Tego było już za wiele. Zbierając w sobie całą moją złość, frustrację, głupotę i co tam jeszcze było, wrzasnęłam:
- Spier*alaj!
 Za głośno. Siła z jaką to wykrzyczałam zepchnęła mnie na ziemie. Rozłączywszy się, przez jedną sekundę
przemknęła mi myśl "Normalni ludzie się tak nie zachowują. Trzeba było mu to powiedzieć spokojnie.
- Wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam... - powtarzałam w kółko jak mantrę. Co ja głupia robiłam sobie nadzieję? Ludzie się nie zmieniają. Nigdy.
Aż nagle... impuls. Sytuacja obróciła się nagle o 180 stopni. Zdawszy sobie sprawę z komizmu
sytuacji, zaczęłam śmiać się, prawie tak zachłannie, jak chwilę temu płakałam. Totalne dziecko, po co on
w ogóle zawracał mi głowę w pracy, jak i tak wiedział, że nic z tego nie wyjdzie. Typowy facet. Zero odpowiedzialności i dojrzałości. To... śmieszne!
Nie wiedziałam, czy to poprawa, czy pogorszenie nastroju, a może po prostu zwariowałam? Podłączyłam telefon do ładowania, poszłam do kuchni zrobić sobie kolację, a następnie usiadłam przed telewizorem. Jak co dzień; nic nowego. Postronny obserwator nie zauważyłby żadnej zmiany. Na mojej twarzy malowała się taka codzienność. Tymczasowe otępienie sprawiało mi niebywałą wprost ulgę. Co możnaby jutro zrobić? Nic nie muszę. Przecież umawiałam się na shopping z Agnieszka, no tak prawie zapomniałam przez tego idiotę! Jeszcze przez chwilę się uśmiachałam. Do czasu, gdy przypomniałam sobie powód zakupów. Odczytałam w wysłanych dzisiejszego SMS-a. Przypomniałam sobie powód napisania go. "W co ja się ubiorę? Jutro w końcu go ujrzę". Ledwie parę godzin temu, a było zupełnie inaczej. Znowu to szatańskie uczucie rozrywania wnętrzności. Nie zobaczę go... Jutro, ani pojutrze. Będzie w mieście, ale nie ma czasu by się spotkać. Bzdura! On nie chce cię widzieć. To po co mi głowę zawracał? Jaki idiota! To wszystko nie ma sensu.
Nigdy nie zrozumiem.
Może by tak stara przyjaciółka?
Nie... dziś będzie bardziej light-owo.
Ćwiartka załatwi sprawę.

***

Obudził mnie blady świt. Leżałam tak nie wiem ile, z narastającym wciąż bólem głowy. Pojedyncze promienie słońca wpadające do pokoju zmusiły mnie do opuszczenia łóżka. Przypomniałam sobie wczorajszy dzień; spóźnienie, nudę, nadzieję, radość, znowu nadzieję i rozczarowanie. Wygodnie mi to tak nazywać. W ogóle uważam się za wygodną osobę; małe niedogodności, a ja już umieram mentalnie. Czas na wizytę u psychologa, czas znaleźć chłopaka. Nie... jedno drugie wyklucza i przeczy. Cholera. Chyba czas powrócić do szarej codzienności. Tak robią normalni ludzie. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że zdrowy na umyśle człowiek poszukałby sobie na moim miejscu nowej pracy. Tak też zrobię. Z moich rozmyślań wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Kto to może być? Pewna dziwnych obaw, a zarazem jeszcze wciąż otępiała po wczorajszym, podeszłam po cichu i spojrzałam przez wizjer. Agnieszka! No tak! Stwarzając pozory uśmiechu otworzyłam.
- Hej kochana! Nie odbierałaś! To jak, dziś zakupy, ale... co się stało? - początkowo optymistyczna, jednakże po chwili spostrzegła, że coś jest ze mną nie tak. Spuściłam wzrok.
- To nic takiego. Nie spodziewałam się ciebie tak wcześnie, wejdź proszę. - odparłam cicho
- Co ty taka oficjalna? Kaśka! - zmarszczyła brwi. Nie lubiła tajemnic. Oj Agnes, lepiej żebyś nie wiedziała. Czemu jestem taką kiepską aktorką? Gestem zaprosiłam ją do kuchni.
- Kawy, herbaty? - spytałam machinalnie
- Ciebie! - odpowiedziała coraz bardziej poirytowana. Że co?
- Yyy? - bąknęłam
- Chcę dawnej Kaśki, szalonej, pyskującej, niepoważnej! - wyrzuciła z siebie jednych tchem. Och nie jestem teraz w nastroju na takie zachowania. Otworzyłam okno, by wpuścić trochę mroźnego powietrza.
- Mam zły dzień po prostu.
- Czy to ma coś wspólnego z... ?
- Nie! Yy znaczy się...nie. - totalnie nie umiałam kłamać
- Czyli jednak! Wystawił cię, znowu? Kopnij go w cztery litery i po sprawie już ci to dawno mówiłam. - pouczała Agnieszka udając mądrzejszą niż jest.
- Nie chcę teraz o tym rozmawiać dobrze? - wycedziłam, po czym zabrałam się za przygotowywanie herbaty, nie pytając czy jej chce.

piątek, 2 stycznia 2015

Rozdział II

 Rozdział II

 No nareszcie! Wskazówki zegara zaczęły się niemrawo przesuwać coraz bardziej w stronę cyfry 4. Już za chwilę miałam wyjść do domu, a za X godzin spodziewałam się telefonu od byłego (przyszłego?!). Co do cholery w jego terminologii mogło oznaczać "zadzwonię wieczorem" ? O dziewiętnastej, czy też dwudziestej trzeciej? Och mógłby być bardziej dokładny, ale co ja od niego wymagam! Prezycja nigdy nie była jego mocną stroną mówiąc delikatnie. Dlatego też udało mu się przekolebać prawie, że bezboleśnie przez długie dwa lata naszego związku. "Jakiego znowu związku? Chorego układu- tak to należy nazwać. Słonimska zrozum to wreszcie" - zganiłam się w myślach. Tak, czy inaczej byłam niezdrowo podekscytowana, co mocno kontrastowało się z moją codzienną obojętnością. Nie uszło to uwadze mojej przełożonej, która podejrzliwie mi się przyglądała. Nie obracałam się w jej stronę, ale i tak czułam na sobie jej wzrok. Jak nic dostanę reprymendę na temat mojego lenistwa, a teraz jeszcze prowokacyjna wręcz poza, zgoła odmienna od przewidywanej. Mój kobiecy instynkt podpowiada mi pojechanie z deczka po pensji, która jest już i bez tego bardzo skromna. Ach, przypomniałam sobie moją minę, gdy przy przyjmowaniu mnie na to stanowisko szef napomknął o wartości mojego wynagrodzenia. Już, już chciałam wnieść nieśmiały protest, ale on,
jakby czytając mi w myślach oznajmił: "Panno Słonimska, czego też pani się spodziewała? Zatrudniając dwudziestolatkę- studentkę nasza firma ponosi i tak już zbyt duże koszty."
Od tej pory mój przydomek biurowy to "dwudziestka". Wszyscy się tak do mnie tutaj zwracają. Normalnie to dawno złożyłabym wypowiedzenie, ale moi rodzice są w tej kwestii nieugięci. No tak, przecież to oni teoretycznie nadal mnie "utrzymują" (mieszkam sama, ale pal licho!) Porzucając te niezbyt optymistyczne rozmyślania spojrzałam znów na zegar. Jeszcze pięć minut. Do kogo ja się śpieszę?! Przecież dziś już się z nikim nie widzę, nie muszę się przyszykować ani nic. Jedynie mentalnie przygotować na TEN telefon od TEGO pana.
Wzięłam głęboki oddech. Zegar wybił czwartą. Zaczęłam w pośpiechu zbierać swoje rzeczy, a następnie iść w stronę wyjścia. Ktoś chwycił mnie za ramię. Obróciwszy się ujrzałam mojego szefa. Czego on jeszcze chce?
- Nie tak szybko Kasiu. Mam jeszcze dla ciebie zadanie. - oznajmił sucho
- Kończę planowo o szesnastej. - wyjaśniłam nie ukrywając rozdrażnienia. Słysząc to podniósł brwi jakby z niedowierzaniem,
ukrywając nieskutecznie swoje niewątpliwe zirytowanie.
- Plany lubią się zmieniać. Nie zrobiłaś dzisiaj praktycznie nic. Sądzisz, że będę to tolerował?- ciągnął dalej tym swoim beznamiętnym tonem. Po raz enty tego dnia spuściłam głowę udając winną.
- Doskonale. - skwitował. - Widzisz tą stertę listów? Ach, no przecież, że nie, bo jest w moim gabinecie  Nie mam czasu, ani ochoty na nie wszystkie odpisywać. Ty się tym zajmiesz i od tego będzie zależna wysokość twojego wynagrodzenia. - zakomunikował lekko się uśmiechając. O to nowość. Co ja miałam mu odpowiedzieć? Że nie mam czasu, bo czekam na telefon od... ?  Westchnęłam tylko i podążyłam do jego biura.
- To się nazywa posłuszny personel. - oznajmił po części sam do siebie, ale miał też na uwadze obecność  swojego zastępcy, który akurat w tej chwili przechodził korytarzem.
Czas, w którym przemieszczałam się windą na niższe piętro wykorzystałam na napisanie krótkiego SMS-a do Marka. Brzmiał on mniej więcej tak: "Muszę zostać dłużej w pracy. Zadzwoń o 20 ok?" Ledwo drzwi na parterze się otworzyły, a ja już uzyskałam odpowiedź "OK". Krótko, sucho i na temat- cały on!
Podążyłam w stronę gabinetu szefa. Nie było go jeszcze toteż nie wiedziałam jak się mam zachować; wejść czy poczekać? Cholera jasna pracuję tu od miesiąca, to normalne, że nie znam jeszcze wszystkich obyczajów tu panujących. Stanęłam więc pod drzwiami czując się conajmniej niezręcznie. Chyba pierwszy raz tego dnia na prawdę poczuwam się do winy.
Co ta robota ze mną robi! Zauważyłam skąpo ubraną asystentkę mego pracodawcy podążającą w moją stronę. Niby zwykłe przejście korytarzem, a zachowywała się jakby była na czerwonym dywanie albo wybiegu. Zaraz. Przecież ten dywan był czerwony. Trafnie Słonimska. Nie ładnie się na kogoś gapić więc zgrabnie przeniosłam swój wzrok na ścianę. Owa "miss" przystanęła obok i rażąc mnie pogardliwo-kpiącym spojrzeniem, otworzyła swe napompowane usta i rzuciła słodko:
- Co pani tu robi jeśli mogę wiedzieć, pomóc w czymś?
- Szef kazał mi tu na siebie czekać. - rzuciłam jakby od niechcenia
- Aha, rozumiem. - porzucając swój anielski ton przez jej twarz przemknęło jakby zdziwienie pomieszane z niedowierzaniem, lecz szybko zastąpił je cyniczny uśmieszek. Co też to mogło znaczyć? Nie chciałam wiedzieć. Jakby na zawołanie drzwi windy otworzyły się i wyszedł z niej ten, na którego czekałam. Jak to brzmi! Zaczęłam się bać. Jego postawa nie zdradzała żadnych emocji. Jak zwykle ta monotonna twarz, spojrzenie bez wyrazu i suchy ton.
- Wejdź już, masz mnóstwo pracy. Jeśli chcesz wyjść przed siódmą, to lepiej już zacznij.
No świetnie! Co ja mu miałam na to odpowiedzieć? Powlokłam się smętnie do stolika, na którym leżało mniej więcej sto listów, tak lekką ręką licząc. Wzięłam je i zaczęłam czytać. Oho, co za tematyka! To będzie niewątpliwie nudne popołudnie. Siedziałam na drogiej, ale wcale wygodnej sofie. On przysiadł się. Zaczął śledzić to co robię w najbardziej już dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie powiem- krępowało mnie to. Starałam się nie zwracać na niego uwagi, lecz nie mogłam się skupić nad sensem słów, które czytam. Nachylił się, a ja wstrzymałam oddech.
- Zaraz wracam Kasiu. - oznajmił zmienionym głosem po czym przesadnie powoli wstał i udał się na korytarz. Shit! Czego on ode mnie chce? Może przesadzam, ale teraz to na prawdę zaczęłam się bać. A może by tak uciec? Nie, wyrzuci mnie. Co robić, co robić? Nie byłam głupia, wiedziałam czym mogą się skończyć takie sytuacje. Zaczęłam oceniać moje szanse w starciu z domniemanym napastnikiem. Starałam się zrozumieć powody, w wyniku których, jak się spodziewałam, miało dojść do rzekomego nadużycia. Przecież on ma żonę! A ja wcale nie jestem ładna, ani atrakcyjna. Na pewno nie w porównaniu
z tą seksbombą- jego asystentką. Czy aby na pewno nie? Czy nie pamiętam już, jak Marek mówił mi to niejednokrotnie? Po pijaku, no tak. Nie! Nie mogę teraz o nim myśleć. Muszę się skupić. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam odpisywać na pierwszy list. I tak nikt tego nie czyta, to tylko formalność, więc nie starałam się zbytnio. Szef podejrzanie długo nie wracał. Mój niepokój rósł z minuty na minutę. Po piątym liście zrobiłam sobie krótką przerwę i oparłwszy się zaczęłam rozglądać się po gabinecie. Urządzony był niewątpliwie przez perfekcjonistę, albo bogacza. Jedno i drugie jak mniemam. Wszystko było
czarno-białe, z wyjątkiem statuetki. Hm ciekawe, pierwsze miejsce w zawodach wędkarskich. Nie spodziewałabym się. Usłyszałam kroki, toteż szybko rzuciłam się do odpisywania na kolejny list. Drzwi uchyliły się , wszedł, bardzo cicho, jakby nie chcąc mi przeszkadzać. Zrobiło mi się niedobrze.
- Może mała przerwa Kasiu? -zaproponował ściszonym głosem biorąc równocześnie głęboki wdech. Czy on...?! O nie, tego było już za wiele, zebrałam w sobie wszystkie emocje z tego dnia i wyrzuciłam z siebie, urkywając mój strach , z największą na jaką  mnie było stać nienawiścią oraz nie mniejszą pogardą:
- O nie! Tak nie będzie. Nie dam się wykorzystać. Zaskarżę cię o próbę uwiedzenia własnej pracownicy! Wypuść mnie stąd! - nie do końca mi wyszło, bo końcówkę prawie wykrzyczałam emanując raczej żałosnym strachem, aniżeli wrogością. Mój rzekomy napastnik odsunął się i przybrał na powrót swą beznamiętną twarz, odparł sucho:
- Nie spodziewałem się tego po pani. Skąd takie niesmaczne podejrzenia? Dobrze pani wie, że mam żonę. Proszę już wyjść, jutro porozmawiamy. O nie! Co za ostatni łajdak! Teraz ja wyjdę na świrniętą idiotkę, a on wszystkiego się wyprze. Och, mogłam jeszcze trochę poczekać,na to, co zrobiłby dalej, bo teraz nie mam na niego żadnych argumentów. Jutro stracę prace. Chociaż nie, praktycznie to już w tej chwili czuję się stuprocentowo wylana. To tylko kwestia formalności. Rzuciłam na odchodnym:
- Dobrze wiem co zamierzałeś. Widziałam to. - nawet nie spoglądając już w jego stronę powlokłam się w stronę wyjścia. Brawo Słonimska, świetny dzień! O ironio... Spojrzałam na zegarek- godzina siedemnasta. Przynajmniej tyle, że zdąże dojechać do domu i przygotować się mentalnie na telefon. O ile zadzwoni, bo ileż to już razy nie dotrzymał danego słowa. Jadąc tramwajem patrzę ze zgrozą na otoczenie. Widzę młodych ludzi, tak jak ja studentów. Śmieją się, bawią, nie w głowie im praca. Gdyby nie fakt, iż nie mam za co utrzymać mojego mieszkania, poszłabym za ich śladem. A tak, teraz czuję się jak zmęczona życiem czterdziestolatka. Tłukłam się komunikacją miejską prawie godzinę, z przesiadkami. Gdy byliśmy na przystanku przed tym, na którym miałam wysiąść, głos oznajmił: "Proszę przygotować bilety do kontroli". Tak też zrobiłam. Kanar podszedł, przyjrzał się, prześwietlił i oznajmił:
- Przykro mi, dziesięć minut po terminie. Pani da dokumenty.
Że co do cholery?!
- Ale ja tu wysiadam. - odpowiedziałam załamując się jednocześnie.
- To pani wysiądzie ze mną.
Tak też zrobiłam. Ludzie się patrzyli, co za wstyd! Kontroler spisał mnie z dowodu i wręczył mandat w wysokości stu dwudziestu
jeden złotych. No pięknie, z czego ja za to zapłacę? Przecież nie mam już pracy!
- Dziękuję, do widzenia. - rzuciłam, po czym poszłam bezwiednie, jakby na instynkt w kierunku mojego bloku. Za co ja mu dziękowałam?! Byłam w takim stanie, że nie funkcjonowałam jak normalny człowiek, było mi już po prostu wszystko jedno. W chwili uniesienia zastanawiałam się, czy nie cisnąć mandatem do śmieci, ale zdrowy rozsądek wziął górę. Najwyżej poproszę moją mamę o spłacenie, trudno.
Przemierzyłam ostatnie metry trawnika, jeszcze tylko chodnik, już widzę bramę. Krok. Gleba. Głowa boli. Czemu niebo zmieniło swe położenie? Dopiero po dwóch sekundach zorientowałam się, że poślizgnęłam się na oblodzonej kostce. Boże święty, czy to fatum? Życie to nie film, szkoda, bo pojawiłby się jakiś przystojniak i bohatersko mnie uratował, a tak w pobliżu nie było nikogo kto pomógłby mi wstać. Dźwignęłam się niezdarnie i klnąc na czym świat stoi przebrnęłam przez drzwi, myląc oczywiście dwa razy kod blokady, dowlokłam się na trzecie piętro, zabierając po drodze korespondecje ze skrzynki, weszłam do domu, przyłożyłam sobie lodu z tyłu głowy, zaczęłam czytać ponaglenie o zapłacie za gaz i osunąwszy się
 na kuchenną podłogę wybuchnęłam płaczem, spłukując z siebie całe zło tego dnia.