tak lekko jest pięknie żyć
marzenia starą kartą
idzie nowe nierzadko mocniej
czuć wazeliną i naftą
odkładasz na półkę powyrywane
kartki straszą swą ...
posklejana okładka tu i ówdzie
taśmą klejącą na kleju
ukazuje duszę kobiety zbłąkanej
kiedyś miała dużo
dziś zostały tylko
papiery zżółknięte w istocie
chętniej emanują tym co było
a tu na stronie
sześćdziesiątej czwartej plamka
tak bardzo nowa
__________________________________________
O zakupach z Agness właściwie nie ma co mówić. Przeszłam przez nie, jakby mnie tam nie było. Duchem leciałam gdzieś dalej. Co jakiś czas wtrącałam ogólniki; świetnie ci w tym, boskie, cudne, nie nie, ja nic nie kupuję. Wiadomo o kim myślałam, to głupie. Przecież on ma mnie w poważaniu. I cały czas w kółko ten sam tok rozumowania. Ile czasu musi minąć zanim się uwolnię? Pół roku, tak obstawiam. Niemniej jednak coś tego dnia przykuło moją uwagę na dłużej, mącąc mi trochę w głowie i dobrze! Podążałyśmy wzdłuż ulicy Grunwaldzkiej, moja przyjaciółka obkupiona po wsze czasy (na wypadek kataklizmu albo innej sytuacji wymagającej nienagannego outfitu). Tego jej oczywiście nie powiedziałam. Ironizowałam w myślach, jak zawsze. Szłyśmy w milczeniu, w sumie mi to odpowiadało. Na rogu zaczepiła nas jakaś kobieta. Ogarnęło mnie przerażenie, gdy spostrzegłam, że to wróżka! Albo ktoś kto pozoruje na takową. Zawiązała się między nami następująca konwersacja:
- Witam, czy mają panie chwilkę na krótką rozmowę? - spytała. Głos miała dźwięczny, ale mocny. Co to w ogóle za pojęcie! Dźwięczny jak Dzwon Zygmunta, nie jak dzwoneczki u sań, dobre!
Agnieszka popatrzyła się na nią z konsternacją i odpowiedziała:
- To zależy o czym.
Kobieta w podeszłym już wieku prześwietliła nas wzrokiem. Następnie popatrzyła się wprost na mnie.
- Jesteś nierozważna. Nie masz prawdziwych problemów, więc mnożysz sobie tych urojonych. Ale już niedługo staniesz przed prawdziwą próbą, przed wyborem, dzięki niemu i przez niego dopełni się przeznaczenie. Nie wiedziałam; śmiać się, czy płakać. Co za brednie! Co ona wie o moich rozterkach. Pociągnęłam moją towarzyszkę za rękaw.
- Chodź, idziemy stąd. - wycedziłam
- Czekaj, czekaj, ja też chcę usłyszeć co nastąpi. - ot cała głupiutka Agness
Staruszka jednak odwróciła się i poszła w przeciwną stronę. Skąd się biorą w tym mieście takie osoby? Niedorzeczność. Co miałyśmy zrobić, ruszyłyśmy dalej. Moja towarzyszka wyraźnie poirytowana tym, że owa nieznajoma ją zignorowała, a ja zażenowana głupią przepowiednią. Skupiłam się na kopaniu kamyka, który wpadł pod moje nogi. Agnieszka milczała. Nagle z lewej strony coś zajarzyło, obróciwszy się zobaczyłam jakiś nowy zakład, który świecił się neonami z wszystkich stron. Zaraz, to nie sklep. Przyjrzałam się napisowi, który widniał nad wejściem. "Poradnia Psychologiczna Promień" o kuźwa.
- Ty Agness patrz tylko na to. - pokazałam na szyld zanosząc się od śmiechu. - Co za niedorzeczna nazwa.. i te neony! Kto zechce tu przyjść?
- No właśnie wszyscy zechcą. To ich przyciągnie. Pierwszy raz widzę coś takiego, a widziałam wiele. Inteligentni ludzie nad tym pracowali. - skwitowała z niepodobną sobie suchością.
- Widać, że z tobą już dziś nie pogada. - powiedziałam kwaśno, ale ona mnie nie słuchała. Szła sobie zatopiona we własnych myślach. Ach te jej zmienne nastroje, może okres jej się zbliża?
Gdy doszłyśmy do skrzyżowania pożegnałam się z nią i ruszyłam w stronę mojego osiedla. Dziś zrezygnuję z tramwaju. Spacer na świeżym powietrzu dobrze mi zrobi, zwłaszcza wieczorną porą. - nakazałam sobie w głowie. Nie liczyłam na to, że choć trochę zapomnę, ale poniekąd udało się. Teraz po głowie chodziła mi ta czarownica, czy tam ktokolwiek to był. Myślałam też o poradni psychologicznej Promień i zastanawiałam się ile może kosztować jedna wizyta. Sądząc po bogatym wystroju pewnie dużo, ale nie ma co oceniać książki po okładce. Cholera co ja robię! - zganiłam siebie w myślach. Nie zamierzam tam iść nie jestem psychiczna!
Już miałam wejść w moją uliczkę, gdy nagle przede mną zatrzymał się niewielki bus. Przystanęłam, gdyż zatorował mi drogę. Z bezpiecznej odległości obserwowałam. Ujrzałam gromadkę dzieci wychodzącą z niego wraz z jakąś panią. Zaraz, zaraz, tak na oko ten pojazd mieści w sobie 10 miejsc, a tych dzieci było co najmniej piętnaścioro plus kobieta i kierowca. Już mi się to nie podobało. Gdy przeszli kawałek i znaleźli się pod latarnią, zauważyłam, że to Chińczycy! O cholera. W sumie w Warszawie widuję ich codziennie, z tą różnicą, że raczej dorosłych, a nie dzieci. Grupa oddaliła się szybko, a bus odjechał. Poszłam więc dalej skonsternowana. Ile dziwnych rzeczy będzie mi dane jeszcze dzisiaj zobaczyć?
***
Źle spałam tej nocy. Dręczyły mnie jakieś dziwaczne sny. Nie pamiętam zbyt wiele, jedyne co z nich kojarzę to karty tarota, podobne do tych jakie miała uliczna wróżka oraz małego bobaska, który leżał w półmroku, nie było mi więc dane zobaczyć jego twarzy. Dziwne. Muszę zajrzeć do znaczenia snów, choć wiem, że
to bzdury. Spojrzałam na telefon; miałam trzy nowe wiadomości. Jedna od mamy, druga od koleżanka z roku, a trzecia... od Marka. No nie! Jęknęłam w duchu. Otworzę ją na końcu nie obchodzi mnie to. Ciekawość jednak zwyciężyła i zerknęłam.
"Przepraszam, straszny ze mnie... Kasia przyjdę do Ciebie."
Że co? Ten znowu miesza. Już, już chciałam mu odpisać coś w stylu klasycznego "wal się", gdy nagle znowu to znajome uczucie, a raczej ukłucie. Nie, muszę zachować honor. Nie ma "co by było gdyby" , liczą się fakty. Wystukuje szybko: "Nie mam czasu." Choć to wierutna bzdura. Nie miałam tego dnia nic do roboty, przecież wyrzucili mnie z pracy. Czekałam, czy może coś odpowie, ale nie. Zabrałam się do przygotowania sobie śniadania. W międzyczasie zadzwoniła Justyna, moja najlepsza przyjaciółka, znamy się z rodzinnego Piaseczna.
- Hej Kaśka! Mówię ci co się stało. Nie uwierzysz. - w słuchawce rozbrzmiał jej radosny, podekscytowany głos.
- Hej, miło, że dzwonisz. Co jest? - udawałam optymizm i nawet dobrze mi to wychodziło.
- Przenoszę się z Jagiellońskiego na Warszawski, świetnie co? - krzyknęła. Ach mówi o uniwersytecie. Szalona dziewica.
- O kurcze, ty to jesteś genialna po prostu. Dlaczego? - spytałam śmiejąc się
- Tam lepsze możliwości. No i bliżej do domu. - podsumowała
- Racja. Cieszę się, serio.
- Ale wiesz co... - zaczęła tajemniczo
- Jeszcze coś?
- Będę dziś w Wawie. Opijamy sukces! - poinformowała wciąż bardzo entuzjastycznie. To ci niespodzianka.
- O kurcze, mega! Oficjalnie czy na lajcie? Chcę wiedzieć jak się ubrać. - spytałam
- Na lajcie, a jak!
- Mogłam się domyślić. To na którą?
- Na 20 w Chimerze.
- Ok to do zobaczenia - pożegnałam ją
- Cześć! - odpowiedziała wesoło i rozłączyła się.
Super, jednak mam co robić. Podążyłam w kierunku szafy, w końcu wybiorę coś nie na ostatnią chwilę. Hmm... może by tak czarny wysadzany diamencikami top i do tego klasyczne czarne rurki, a na nogi conversy? Nie, to zbyt zwyczajnie. Może zamiast rurek spódnica? Conversy w zimie? Eh za dużo tego. Wybiorę coś koło 19, jak zwykle last minute. Postanowiłam dokończyć wypożyczoną miesiąc temu książkę. Usadowiłam się wygodnie w miękkim fotelu i wzięłam się za czytanie.
Kylie otworzyła oczy. Chwilę to trwało zanim odeszło z niej senne otępienie. Zaczęła kojarzyć fakty, poznała, gdzie jest. Znała to miejsce bardzo dobrze. Nieduży pokój usytuowany na drugim piętrze willi Amber (a raczej jej rodziców). Jedyne co pamiętała z ubiegłego wieczoru to te spojrzenie spod półprzymkniętych powiek okolone długimi rzęsami. Mimowolnie uśmiechnęła się na same jego wspomnienie, lecz chwilę później jej twarz wykrzywił grymas, bo przypomniała sobie ciąg dalszy. W sumie to, co zwykle - niedopasowanie, rozczarowanie i szybki koniec... wszystkiego. Gdy była mała marzyła o księciu na białym koniu. Teraz chce tylko stabilności uczuciowej i stałości związku, czy to zbyt wiele? Nie znała odpowiedzi na to pytanie. Szary świt przemieniał się powoli w słoneczny, lipcowy dzień. Kylie zapisała sobie w pamięci ostatnią dobę prócz wieczoru oczywiście, bo uznała, że warto. Gorące, aczkolwiek parne powietrze i komplementarnie do tego rozgrzane, parujące ciała przechadzające się wokół basenu. Dziewczyny w skąpych bikini pokazywały swoje wdzięki. Góra idealnie wycięta, ot skrawek materiału, o dole już w ogóle nie ma co mówić. Muskularni faceci siedzieli podparci na brzegu i komentowali to, co widzą. Kylie jako jedyna była ubrana, wróć, nie jedyna, bo ON też.
- Co to za głupoty, muszę wypożyczyć coś bardziej ambitnego. - pouczyłam sama siebie. Zauważyłam, że ostatnio mój gust zepsuł się diametralnie i nie mówię tu tylko o literaturze. Kiedyś powieści noblistów, teraz wypociny jakiejś znudzonej życiem amerykanki, która próbuje udawać młodszą niż jest. Swego czasu zajmowałam się nauką, a teraz uganiam się za facetem, który mnie nawet nie chce. Czy ja właśnie przyznałam się do tego?! To już jakiś postęp, albo po prostu jest gorzej niż źle. Jedno z dwojga. Muszę jakoś wyjść z tego bezsensu