sobota, 11 kwietnia 2015

Rozdział VII

Rozdział VII


- Chyba sobie żartujesz. - powiedziałam, nie kryjąc oburzenia. Co on sobie myśli, że ja jestem pierwsza lepsza? Chociaż z drugiej strony... co mam do stracenia? "Honor!" krzyczała moja podświadomość. O nie, czułam, że po raz setny popełnię ten sam błąd. Pójdę za nim z nadzieją, zaufam. Znowu spróbuję budować swoje szczęście na nieistniejących fundamentach. Ten proces to chyba naprawdę nie ma końca. Gdybym zmieniła swoje postępowanie, chciała postąpić niekonwencjonalnie, to zapewne wybiegłabym z tego sklepu, co sił w nogach. Ale nie... ja musiałam zachować się jak zwykle- jak idiotka. Czy to moja wina, że serce znów mi szybko bije? Czy moim zamiarem... eh, co tu dużo gadać. Gdy patrzę na ten jego uśmiech mam ochotę mu wszystko wybaczyć. Nie umiem teraz trzeźwo myśleć. Chwytając się resztek przyzwoitości oznajmiłam w końcu:
- Mamy sporo do omówienia. Czekam na wyjaśnienia.
Mój rozmówca przechylił głowę i utkwił we mnie swe spojrzenie, a wręcz mnie nim prześwietlał.
- Nie udawaj. Przecież ty się wszystkiego domyślasz, przyznaj to. Ta praca zaszkodziła co prawda trochę twej główce, ale nie da się człowieka inteligentnego uczynić idiotą. Nigdy. - odparł. 
A właśnie, że się nie domyślałam. Krętacz pieprzony i tchórz! Przyznał, że jestem bystra... Ale jakim tonem! Nic się nie zmienił, dalej cham.
- Nie byliśmy związani żadną umową, toteż nie muszę ci niczego wyjaśniać. Zawaliłem. Tak! Ale czy to teraz ważne? Nie zmienię przeszłości. - mówił pewnym tonem, cały czas patrząc mi w oczy.- Przyjechałem tu dla ciebie, zrozum to!- że co?
- Teraz już nic nie rozumiem. - odparłam zmieszana. Bez sensu. Zrobiło mi się gorąco, a później zimno. Jak ten człowiek na mnie działał! To się w głowie nie mieściło. Położył mi rękę na ramieniu (dobrze, że nie gdzie indziej!). Teraz przywdział wyraz twarzy bolejącego. Aktor jeden, nie dam się nabrać!
- Sklep z bielizną to raczej nie jest odpowiednie miejsce na tego typu dyskusje.- syknęłam poirytowana, strzepując jednocześnie ze mnie jego dłoń.
- A dlaczego nie? - spytał z przekąsem, cofając się ostentacyjnie. 
Przewróciłam oczami. Miałam nadzieję, że nikt nie przysłuchuje się naszej nie do końca normalnej konwersacji. Chciałam stąd wyjść, ale jednocześnie coś mnie tu przytrzymywało, albo ktoś. Druga opcja proszę państwa. Skierowałam wzrok na podłogę, a następnie zacisnąwszy usta w cieńką kreskę przeniosłam go spowrotem na niego.
- Czy to nie oczywiste? - marnie naśladowałam jego ton głosu.
- Nie komplikuj sobie życia mała... i przy okazji mi. To jak będzie? - patrzył wyczekująco.
- Niby z czym?! - spytałam podniesionym głosem. Grałam na zwłokę.
- Z naszymi zakupami! - wygłosił, jakby to było najbardziej oczywistą rzeczą na świecie. Teraz mnie na maksa zdenerwował.
- Jakimi naszymi? Do reszty zdurniałeś! Przyszłam tu kupić coś dla siebie, ale już mi sie odechciało. Wychodzę, cześć! - Obróciłam się na pięcie, ale Marek chwycił mnie za rękę.
- Co znowu? - wycedziłam
- Poczekaj chwilę... 
- Na co?!
- Ci... - przytknął mi palec wskazujący do ust.
- Słucham. - odparłam zrezygnowana.
- Powiedz mi kochana, dla kogo chciałaś nosić bieliznę tu zakupioną? - spytał, nie kryjąc rozbawienia moją postawą.
- A co cię to obchodzi? Dla siebie! - jak on mnie irytował!
- No dobrze. Już myślałem, że... jakiś inny... - wybąkał zmieszany, nie wiedząc czy patrzeć się na ścianę, czy też na buty. O cholera- zazdrosny Marek! No, no... rzadko mi było dane widzieć go takim. Postanowiłam korzystać z okazji i "pocelebrować" tą chwilę nieco dłużej. Zmarszczyłam czoło udając, że coś sobie przypominam.
- Hmm... właściwie to istnieje taka ewentualność. Tak, chciałam kupić seksowną bieliznę z Intimissimi dla pewnego mężczyzny. - odparłam wybitnie aktorsko i o to chodziło. Pokiwałam głową. Patrzyłam z satysfakcją jak jego twarz zmienia wyraz, a zarazem kolor. Mamrotał coś niezrozumiale pod nosem. Postanowiłam ukrócić domysły.
- Chciałam ją kupić rok temu dla pana M, ale on nie docenił moich starań i zdradził mnie z panną P ! - tak, to była prawda. I w końcu miałam okazję mu o tym powiedzieć. Wyrzucić to z siebie i to jak! Klasa. Idealne zagranie. Zgasiłam go, jak parafinową świeczkę. Ale... równocześnie to strzał w moją skroń. Teraz wie... przyznałam się niejako, że był jedynym  mężczyzną w moim życiu. Cóż, taka jest prawda. Nadszedł czas wyjaśnień.
- Kasiuniu... to nie było tak jak myślisz. Nigdy cię nie zdradziłem...
- Akurat! - przerwałam mu wchodząc w słowo
- ... psychicznie. Tamten jednorazowy eksces z Pauliną był efektem, hm, ja wiem, ze dwóch promili alkoholu we krwi.  Pospolicie fizyczny kontakt, bez żadnych uczuć.
- Ty sobie kpisz, tak?
- Nie, skądże.
- Już nie żałuję, że wtedy z tobą zerwałam. Wychodzę! - obróciłam się i cała emanując złością pomknęłam w kierunku drzwi wyjściowych. Niektórzy ludzie swoimi minami zdradzili, że jednak słyszeli to i owo.
- Poczekaj, nie! - złapał mnie w połowie dystansu. Wyrwałam się szybko.
- Puść mnie!- krzyknęłam mu prosto w twarz. Nie oglądając się za siebie wtargnęłam na ulicę. Nie chciało mi się płakać, wcale. Po prostu przypomniałam sobie to wszystko. Że też musiał nasunąć się temat tej wstrętnej Pauliny, która niegdyś stała się gwoździem do trumny naszego związku. Wtedy zwalałam wszystko na siebie, katowałam się, jaka to ja jestem okropna i bezwartościowa. A ten mitu teraz wyskakuje, że to przez alkohol, akurat! Coś czuję, iż tej nocy nie będzie mi dane pospać za długo. Chyba łyknę nasenne, ale wpierw muszę się dostać do domu. Wsiadam w pierwszy lepszy tramwaj. Oby tylko jak najszybciej ulotnić się z tego miejsca. Zakładam słuchawki na uszy. Dobiega mnie głos soczystego, krwistego metalu. Tak, tego mi teraz było trzeba. Słucham tekstu o śmierci i robi mi się lepiej. Ale ta cholerna rana, która została dziś otworzona na nowo będzie, jak mniemam dawała o sobie znać jeszcze przez dłuuugi czas. Spoglądam za okno. Z początku nic, tylko szare budynki, lecz później... spostrzegłam małego chłopca stojącego na światłach. Gdy skierował twarz w moją stronę spostrzegłam, że to Chińczyk. Jeden z tych, których widziałam parę dni temu na moim osiedlu. Dziś wydawał się być taki smutny, ciekawe co go trapiło. "Witaj w klubie" - pomyślałam. A tramwaj ruszył dalej.
***

Tańczą w zwartym kręgu
Przednie odnóża składając błagalnie
Kogóż by tu zabić  kogo zgładzić
To taniec modliszek kręgi swe zawiera
Krzyczą a nikt nie nadchodzi
Szarpią bo wokół tylko ciemność
Żadnej nadziei na posiłek
Znikąd wytchnienia
Jęły obrażać niewidocznych
A łakną  to coraz bardziej
W końcu padają na ziemię
Bezsilne, ostygłe
I wciąż tak bardzo

Tak bardzo złe.
___________________________________________

PS: Dziękuję za mnóstwo miłych komentarzy, dzięki nim mam motywację do pisania. Cieszę się, że tyle osób czyta moje opowiadanie :)).

niedziela, 5 kwietnia 2015

Rozdział VI

Rozdział VI


Nierzadko zdarza nam się kłamać. Dziś mi to przypadło w udziale. Zapytana przez rodziców, gdzie też podziała się moja wypłata, wyminęłam gładko. To jeszcze nie ten czas. Ale teraz nie o tym. Istotniejsze jest to, co stało się później. Zbierałam się już do domu, gdy nagle poczułam znajome wibracje, któż to znowu? Pomyślałam, że to dobrze, iż mam wyciszony telefon. Rodzice próbowali mnie zatrzymać kawałkiem ciasta, czy propozycją wspólnego oglądania filmu, też coś. Bardzo uprzejmie, a zarazem stanowczo oznajmiłam im, że muszę iść, bo mam jeszcze dużo spraw na głowie. W odwecie na spojrzenie spod podniesionych brwi, które zaserwowała mi moja mama, odpowiedziałam wymijająco, iż spodziewam się gościa. Niech sobie myślą, że dalej z nim jestem, a co mi tam! Zadziwiająco szybko złapali przynętę.
- Idź, idź już skarbie, nie będziemy cię zatrzymywać. - odparła wspaniałomyślnie moja rodzicielka. Nie zamierzałam wnosić sprzeciwu.
Pożegnałam się z nimi, podziękowałam za spory kawałek ciasta czekoladowego i udałam się do wyjścia. Nie kwapiłam się, by schodzić z 9 piętra sposobem tradycyjnym, więc wybrałam windę. Mogłam tam również spokojnie odczytać SMS-a. Odblokowałam telefon. Numer nieznany. Pewnie jakieś promocje lub superoferty.
"Widziałem cię tam. Nie wnikaj w sprawę, dobrze ci radzę. N"
- Że co?! - pomyślałam. W jaką sprawę? Kto to jest ten pan "N" i gdzie mnie widział? Odpowiedź na te pytania miałam poznać dopiero za ładnych pare miesięcy.
W końcu doszłam do wniosku, że to jakieś głupie żarty i nie warto sobie tym zawracać głowy. Równocześnie moja kobieca intuicja podpowiadała mi, by nie usuwać tego SMS-a.
Moja wizyta u rodziców zakończyła się fiaskiem. Miałam im przecież powiedzieć o utracie pracy! Nie udało się... Tak pokierowali rozmową, że wiedziałam, iż gdybym im wyjawiła całą prawdę, to... byłoby ze mną źle. W najlepszym razie widziedziczyli by mnie. Och mama i tata- ludzie zasadniczy, nie przyjmujący do wiadomości, że mogą istnieć poglądy inne niż ich. Przekonałam się o tym dzisiaj po raz enty, gdy napomknęłam coś na kogo głosuję. To ci się zrobiła awantura! Uznali, że mam poprzestawiane w głowie. Nie zamierzałam dyskutować, a raczej - dolewać oliwy do ognia, więc szybko zmieniłam temat. Czemu ja muszę być taka uległa? O nie, nie chcę rozważać tego typu spraw, bo kojarzą mi się z relacjami... złymi, ze wszystkimi, nawet z przyjaciółmi. Chociaż... ostatnio się postawiłam, ale co mi to dało - ot utratę posady.
Dreptałam właśnie wzdłuż Marszałkowskiej. Tak wiem ta ulica i dreptanie to niezbyt pasujące połączenie, a wręcz kontrastowe. W wszechogarniającym zabieganiu ja - wolno idąca kruszyna wyglądałam conajmniej dziwnie. Spojrzałam na jedną z witryn sklepowych. Mój sposób rewizji tego typu obiektów jest nieco osobliwy. Nie patrzę na to co jest za szkłem, tylko "sprawdzam" swoje odbicie. Czy dobrze wyglądam, czy się nie garbię? Od dnia zależało, czy będą dwa "tak", czy też podwójne "nie". Mieszanych odpowiedzi nie przewidywałam, gdyż jedno zazwyczaj wpływało na drugie. Nie muszę mówić, który dzień był dzisiaj, chyba już zauważyliście, iż od kilku dni mój humor jest niezmiennie fatalny. Tragizuję? Może. Przypomniał mi się znajomy neon. Nie, to jeszcze nie ten czas. Póki co radzę sobie sama. Lustrując siebie po raz kolejny zauważam jednak to, co znajduje się po drugiej stronie. Jedna z topowych firm bieliźniarskich otworzyła właśnie nowy punkt sprzedaży- tu w samym sercu Warszawy. Kolorowe baloniki miały chyba oznajmiać promocję.
- Niech stracę. - pomyślałam. Wchodzę. Już na progu wita mnie urocza blondyneczka na szpileczkach, pokazująca swoje śnieżnobiałe uzębienie. Idealnie pospolita. Wciska mi do ręki kupon rabatowy i życzy miłych zakupów. Jej mina wyrażała jednak co innego- "Co ta biedaczka tu robi? I tak nic nie kupi." - zdawało się mówić jej spojrzenie. A może to tylko moje przypuszczienia? Tak, czy inaczej nie wyglądałam dziś najlepiej, jeśli chodzi o outfit. Czarny długi sweter, czarne obcisłe rurki i znoszone (zgadnijcie jakie!) conversy. Całość pięknie pasowała do moich hebanowych, ale krótkich włosów. No, przecież idealnie, czego ona ode mnie chce? Ironizowałam jak zwykle w myślach. Dobrze, zobaczmy co tu mają. Przeszłam od razu do części sklepu okraszonej napisem "promocja". Nie miałam bowiem ochoty spoglądać na wszechogarniające trzycyfrowe liczby na metkach. Gdy dotarłam do działu przeznaczonego dla ludzi o takich zasobach pieniężnych jak ja, wzięłam do ręki pierwszy lepszy biustonosz. Ładny krój, przystępna cena do tego ten śliczny szmaragdowy kolor... Tylko rozmiar za duży. Zaczęłam poszukiwania mniejszego. Bezskutecznie. Cóż najwidoczniej ten sklep jest przeznaczony dla bardzo kobiecych kobiet, to nie nowość! Już, już miałam zmierzać do wyjścia, gdy nagle ktoś chwycił mnie za ramię. Obróciłam się zdezorientowana.
- Kasia to ty? O cholera, co za spotkanie, a jednak!
O kurcze, zbladłam. Że też w całej półtora milionowej stolicy musiałam spotkać właśnie jego i to teraz, gdy zupełnie nie byłam na to gotowa. Cóż... jak pech, to pech. Wzięłam głęboki oddech. Mój rozmówca patrzył na mnie z nieschodzącym wciąż z twarzy uśmiechem. Pasowałoby się odezwać, niech sobie nie myśli, że zaparło mi dech w piersi na jego widok. Niedoczekanie!
- Proszę, proszę kogo moje oczy widzą. Pan Krętacz. To ty nie na spotkaniu z kumplami? Zadziwiające, że masz czas włóczyć się po sklepach z damską bielizną. - ironizowałam nie kryjąc niezadowolenia. Tak skarbie twoja obecność tutaj nie jest mi na rękę.
Marek zmarszczył brwi uśmiechając się równocześnie, udawał zawadiackiego. Pokręcił głową i posłał mi spojrzenie w stylu "Ej Kasia, co ty tworzysz...". Nie traktował mnie poważnie, no nie!
- Tak się złożyło dziwnie. Wygospodarowałem wolną chwilę. - odezwał się w końcu. Charakter jego wypowiedzi był przesycony sarkazmem. Uroczo. Spojrzał na mnie spod podniesonych brwi, oczy mu błyszczały. Kpił ze mnie.
- Daruj sobie, chyba już pójdę. - nie wiedzieć czemu chciałam to jak najszybciej zakończyć.
- Moje krętactwo było celowe. Jestem w mieście już kilka dni, a widzimy się po raz pierwszy. Myślisz, że to przypadek? A co jeśli to było przeze mnie sterowane? - to już bezczelność! Zaraz mu przemówię do rozumu.
- Wcale się nie spotykałeś z żadnymi kumplami tak? Chciałeś mnie tylko potrzymać w niepewności. - pierwsze zadałam pytanie, a później sama sobie na nie odpowiedziałam. Przybrałam bezbarwny ton, choć w środku miałam zamęt. Zaczęła do mnie dochodzić pewna prawda.
- To chyba było oczywiste. - potwierdził tonem mądrzejszego niż jest.
- Cóż...- zaczęłam
- Nie pozwolę ci teraz odejść. - oznajmił chwytając mnie jednocześnie za ramię.
- Jesteś bezczelny. - odważyłam się w końcu wyrazić moją myśl.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Tęskniłem za tą częścią twojej osobowości. Co powiesz na małe zakupy? - szepnął konspiracyjnie. Że co? Jego już totalnie pogięło.
Spojrzałam na niego jak na wariata. Ponownie wzięłam głęboki oddech.
____________________________

Brakowało mi tej przerwy w pisaniu. Wracam z energią i nowymi pomysłami. Piszcie w komentarzach jak wam się podoba rozdział i ogólnie opowiadanie, co konkretnie. Będzie mi po stokroć milej jeśli się rozpiszecie :).
Pozdrawiam!