piątek, 6 marca 2015

Rozdział V

Rozdział V

Wieczór. Pub Chilly. Miało być na luzie i kameralnie, a jest... cóż wybuchowo. To niestosowne określenie, takie... niegramatyczne, ale w istocie najbardziej oddaje nastrój imprezy "powitalnej" Justynki mej. Trochę plącze mi się język, tak wiem. Dziwne, przecież wypiłam tylko kilka kolorowych drinków, zaraz, kamikadze? Chyba tak się nazywały. Wraz z każdą kolejną kroplą alkoholu spływającą w dół mojego przełyku, czułam, że moje problemy ulatniają się, pryskają. Czym ja się tak przejmowałam? Zapomniałam, przysięgam. Tańczyłam, flirtowałam, piłam i tak na okrągło. Nawet nie zorientowałam się, gdy goście zaczęli wychodzić, a wielki, stary zegar z cherubinami po bokach wybił godzinę trzecią w nocy. No nie! Miałam jeszcze tyle do powiedzenia temu przystojnemu blondynowi, zaraz, jak mu było? A, Wojtek. Coś mi nie grało, zrobiłam minę myśliciela i zastanawiałam się co takiego. Już wiem! Pociągnęłam przechodzącą akurat Justynę za rękaw. Popatrzyła na mnie błędnym wzrokiem.
- Co się stało? - wymamrotała, zmroczona zbyt dużą ilością wina.
- Nie lubię imion, które się kończą na "k". - powiedziałam kocim głosem, nienaturalnie przeciągając samogłoski i robiąc równocześnie minę obrażonego dziecka. - Wiesz o tym Dżasta, wiesz? - bełkotałam, jeny ale byłam wstawiona!
- Tak.. wiem. - wytrzeszczyła oczy i chwytając się moich ramion uratowała się przed upadkiem na ziemię.
- To dobrze. - zachwiałam się i ja.
- Chodźmy już do domu. - bąknęła gdzieś spomiędzy moich włosów.
- Nie chcę, jeszcze muszę mu powiedzieć, że się mi podoba. - zaoponowałam
- Kto? - pisnęła
- No ten blondyn, wiesz ... - pochyliłam się nad barem i... chyba urwał mi się film.

***
Szukam Cię już tyle lat
proste słowa znaczą wszystko
 lecz czegoś wciąż mi brak 
a przecież to jest tak blisko. 
Przechodzę wciąż koło świecy
raz za razem zerkam 
Zapalić się nie da
 zbyt chłodno 
tak ciężko
 zwlekam.
***

Wieczór z przyjaciółmi był miłą odskocznią od rzeczywistości. Ale trzeba już powrócić do szarego życia i powiedzieć rodzicom o utracie pracy oraz mandacie. Mój Boże! Moje życie jest bez sensu. Powtarzam to ciągle. Co bym nie robiła i tak to będzie nudne, jak... zmywanie naczyń. Nawet moja szafa mnie nie lubi.
Gdy otworzyłam ją rano, splunęła we mnie bluzką, szarą i starą. Był na niej taki oto napis "Keep Calm and Fuck you!" - w istocie, nawet bez cenzury. No pięknie. Założyłam, a co ! Zaczęłam się zastanawiać, co by było gdyby ktoś ubrał taką, załóżmy na rozprawę sądową. Ja to mam rozkminy. Przecież nigdy na żadną nie
pójdę, nie jestem kryminalistką, więc po co się nad tym zastanawiam? Bo jestem dziwna, tak wiem to Alicjo. Wiem, pamiętam każde spojrzenie, każdy gest, pogarda, złość, zmieszanie, zamknięcie drzwi przed nosem, obśmianie, zazdrość, nienawiść i tak dalej. Wszystko pamiętam, nie jestem panią do towarzystwa,
nie stoi się koło mnie lecz przede mną. Kuźwa do kwadratu, nie, nie cytuję tutaj panny Steele. Boże, po raz kolejny, niech ktoś mnie uratuje z tej otchłani, czy ja mam schizofrenię? Czy ja jestem normalna? Czy istnieje coś lub ktoś, co jest powodem tymczasowej ziemskiej egzystencji? Ileż można! Pójdę znowu w to miasto, spotkam kogoś, kto jest dla mnie całkiem obcy. Nawet gdybym szła do pracy, to nic nie da.
Patrząc niekiedy na świat, widzę wolontariuszy. Oni przynajmniej coś robią dla innych; pomagają. Te osoby mają jakiś sens życia. Wspierają starszych w ostatnich dniach życia, albo opiekują się opuszczonymi
dziećmi. Pielęgnują zwierzęta w schronisku lub dokarmiają zimą ptaki. Przebierają staruszków, myją im okna, sprzątają dom. To piękne być pracownikiem społecznym. O wiele bardziej pożyteczne, niż bezsensowne stukanie w klawiaturę, co robiłam ja, na stażu w biurze. Chciałabym do nich dołączyć. Schizofrenia, albo inne dziadostwo (nie znam się na tym), bezsprzecznie! Przecież to nie ja mówię, to nie ja myślę. To nie są moje słowa. Ktoś sobie steruje moim mózgiem, hmm wybornie! Na kaca mi to nie wygląda, byłam już niejednokrotnie w tym stanie i zawsze poza bólem głowy nie było innych objawów, a już na pewno nie bredziłam od rzeczy.
Przypomniałam sobie przyjaciół z dzieciństwa, a raczej fakt, że niewielu ich miałam. Może przesadzam? Sięgnęłam pamięcią do znajomych za czasów liceum. O tak, było parę duszyczek wartych zapamiętania. Często uśmiechałam się z myślą, że za niedługo ich spotkam. Rozmowy między nami było niewiele, ale parę słów wystarczyło. Ważne, że było to w szczerości i w wielkiej, obustronnej sympatii. To piękna rzecz mieć przyjaciela, który cię wspiera. Niby było kilka osób, do których mogłam się zwrócić o pomoc, wiem że bym ją dostała, ale... brakowało mi odwagi. Obawiałam się, że mnie nie zrozumią, albo co gorsza zbagatelizują moje problemy. Myślałam wówczas, że poradzę sobie z nimi sama. Nic bardziej mylnego, albowiem z roku na rok było coraz gorzej. Nie można odkładać nawrócenia w nieskończoność. Byłam blisko, a jednocześnie tak daleko. Wszystko wiedziałam, znałam konsekwencje; co zrobiłam krok do przodu, to zaraz dwa do tyłu. W efekcie cofałam się. W końcu pewnego dnia zaświeciło słońce. Wydawało mi się to czymś trudnym, a po udanej próbie okazało się łatwe jak mrugnięcie okiem. Wiem, złe użycie porównania, ale jestem pewna, iż wiecie o co chodzi. Oczywiście po wszystkim zaczęło być jeszcze trudniej; ciągłe próby, kłody pod nogi, utrudnianie życia.  A to wszystko po to by mnie złamać. Nagle, ot tak, zaczęłam mieć nawet problemy z matematyką, z którą wcześniej radziłam sobie świetnie. Najprostsze zadania odkładałam do półki, nie mogłam zmusić się także do nauki z innych przedmiotów. Ale to było chwilowe, zaufałam i się poprawiło.
Spotkałam moich przyjaciół. Cudnie.

***

To był taki piękny dzień. Błękit nieba wręcz raził po oczach. Pomimo chłodnej aury, zmuszona byłam założyć okulary przeciwsłoneczne. Idealna metafora oddająca stan mojej duszy. Zamiast jednak wsłuchiwać się w dźwięki otoczenia, nałożyłam słuchawki na uszy, ponieważ z zewnątrz dochodził przerażający śpiew- pisk. Nic nie denerwuje bardziej niż fałszywa melodia. Mówiłam wam już o próbach? Czy tylko mi się zdawało, co mogło właściwie nastąpić, jako skutek uboczny spożywania zbyt dużej ilości alkoholu. W każdym razie to była jedna z nich. Teraz jeszcze do jęku doszło tupanie. Czułam, że zaraz dostanę fioła, docisnęłam więc mocniej moje słuchawki. Szybko, pierwsza, lepsza piosenka. Tak, mogę iść dalej. Przechodzę przez ulice i skwery, mijam, widzę rowerzystów, motocyklistów; panie w ciąży, kobiety z małymi dziećmi, nastolatków, zabieganych dorosłych, biznesmenów, staruszków. A oni widzą mnie. Wolno idącą, z góry już nie pasującą do otoczenia. Taką się właśnie czułam. Och, na chwilę ustał hałas, byłam jednak w ciągłym stresie, bo wiedziałam, że wróci. A może by tak kazać jej się uciszyć? Nie posłucha, zacznie głośniej. Nie mogłam być tego pewna, a równocześnie nie mogłam nie być. Rozumiecie? To tak samo jak z dowodami na istnienie rzeczy, których nie widzimy. Nigdy nie dojdziemy do consensus, to tylko kwestia naszego elastycznego, bądź nie, umysłu.
Chyba ucichło na dobre, jestem temu rada. Zaciągam się powietrzem. Takie świeże, takie zimne, takie rześkie. Jak moje serce. Ze świeżą raną, zimne;  nauczone obojętności wobec innych, rześkie, bo jednak co rusz budzi się, przerywając śpiączkę. Gdyby ludzie mnie pytali, zapewne milczałabym. Nigdy nie lubiłam nieoświeconego tłumu. Odi profanum vulgus et arceo. Czy jakoś tak. Wolę natomiast, gdy podejdzie do mnie jedna osoba, ale broń Boże niech nie pyta; "Co się stało?" Niech się zbliży po cichu, chwyci za rękę, bądź przytuli (a najlepiej jedno i drugie). Wtedy będę wiedziała, że wszystko się ułoży, a przynajmniej posiądę taką nadzieję. Widzisz? To proste. Ta, marzenia.
 Lubię sobie czasem poskakać po chmurach, ale nie białych. Te kojarzą mi się z reklamą Algidy i ze sztucznością. Ja lubię szybować wśród różowych, tych które zwiastują nadejście wieczoru. Z początku jaśniutkie, kremowe, później zaś przechodzące w różowe i fioletowe. Cudne.
Takie wspomnienie; mała ja, mała Edytka. Wróciłam właśnie z Zakopanego i opowiadam jej, że chmur nie da się dotknąć, że to mgła (posiadłam tą wiedzę będąc na Kasprowym Wierchu). Moja przyjaciółka patrzyła na mnie z niedowierzaniem; "Jak to? Na chmurze nie da się stanąć?" Ano nie. Wielkie opanowało ją wówczas zdziwienie. Czasem, gdy zdajemy sobie z czegoś sprawę, dochodzi do nas jacy byliśmy wcześniej ślepi. Miałam tak ze świętym Mikołajem, oraz gdy dowiedziałam się, jak się robi dzieci. To przecież oczywiste! Bo niby dlaczego dziecko jest podobne do tatusia skoro mama je rodzi? - mając mniej więcej 4 lata to wywnioskowałam. Prawdę poznałam nieco później. To samo z świętym, ale tu byłam zawiedziona. Wolałabym całe życie w niego wierzyć. Ta magia, nieopisane szczęście z posiadania czegoś. Teraz pieniądze są dla mnie niczym, ot zwykłe papierki. I tak nie mogę ich wydawać, więc na co mi ? W dzieciństwie 2 złote to był majątek. Za tamtych czasów szczytem hardcoru było zostanie na dworze do 21. Oczywiście latem. Zimą szło się na godzinę lub dwie, ulepić bałwana, albo coś podobnego, tylko mniejszych rozmiarów ( ze względu na lenistwo); ewentualnie szybkie sanki i do domu by nie zmarznąć. Smarowałam policzki kremem Nivea. Do dziś uwielbiam ten zapach.
Ile człowiek jest w stanie zapamiętać? Ulotne wspomnienia, kruche, lecz jakże piękne. Niejednokrotnie w trakcie wspominanych zdarzeń, nie czułam się tak wspaniale. Później po prostu idealizowałam je sobie w myślach. Z tymi złymi było na odwrót; w trakcie przeżywania; zgroza, smutek nieopisany. Gdy wspominam; ah , przesadzałam, właściwie to nie było takie okropne. Tak to już z nami jest.
Mimochodem słyszę, że zapanowała w końcu całkowita cisza. Uspokoiłam umysł. Wygrałam, tak! Z doświadczenia wiedziałam jednak, że nie należy się tak cieszyć. To mnie dopadnie prędzej, czy później, ale nie warto się martwić na zapas. Cieszmy się chwilą i świecącym słońcem.
Chowam do torebki okulary, ściągam słuchawki. Patrzę wokoło. Jest jakoś inaczej. W mą duszę wkradł się spokój. Silencium.