W drodze powrotnej słuchałam moich ulubionych kawałków. Za
oknami było cholernie szaro. Tej zimie nie było dane widzieć śniegu. Nam
wszystkim tak samo. Chwytałam się przyziemnych, płytkich myśli, byleby odciąć
się od niedawnego spotkania. To było takie niespodziewane… Sama jeszcze nie
wiem co o tym myśleć, muszę to sobie na spokojnie rozważyć. Na odtwarzaczu MP3
w moim telefonie zaczęła się właśnie kolejna piosenka. Od razu można było
stwierdzić, że to inny gatunek niż wspomniany wcześniej metal. Nie byłoby w
niej nic złego, gdybym parę miesięcy temu nie słuchała jej, dzieląc chwile
uniesień z moim eks. Ironio! Czemu ja tego jeszcze nie usunęłam? Zrezygnowana
ściągam słuchawki z uszu. Postawiłam na dźwięki otoczenia. Przemierzając Aleje
Jerozolimskie wsłuchiwałam się w miarowy odgłos tramwaju. Zastanawiało mnie,
jak można codziennie jeździć w tę i z powrotem, jak ci maszyniści. Mnie by to
nudziło… Plotę, jakby moje życie nie było jednolite. A jest! Rutyna czasem
potrafi dobić człowieka. Gdy chodziłam do szkoły, to jeszcze się coś działo.
Teraz trochę studiuję, trochę nic nie robię i z deczka przeczekuję cenny,
bezzwrotny czas mojego życia.
„Wiesz jak to zmienić! A może by tak… Co masz do stracenia?”
– krzyczało coś we mnie. Sorry, ale chyba już dojrzałam. Nie chcę wracać do
starych błędów. Przed popełnieniem go wszystko wydaje się takie kolorowe.
Gdzieś na horyzoncie malują się konsekwencje, lecz zostają szybko
zbagatelizowane. W trakcie jest świetnie. Minutę po zaczyna do człowieka
dochodzić smutna prawda, a jej skutki są nam już doskonale znane. Więc ileż
można?
Odrzuciłam od siebie te zdradzieckie myśli. Spoglądnęłam na
prawo i widzę dziewczynę, mniej więcej w moim wieku. Skąpo ubrana, pomimo
chłodnej aury. Na oko piętnastocentymetrowe, czerwone szpilki drogiej firmy,
na których stoi wysoka dziewczyna o talii osy, wysuwającej się spod futra (mam
nadzieję, że sztucznego!) . Niżej spódnica, czarna i obcisła, zakrywająca tylko
to, co konieczne. Całość dopełniają wcale nie takie szczupłe nogi, odziane w
przeźroczyste rajstopy. Miała też koronkową, czarną bluzkę. Czy ja się zachowuję jak facet? Moje podejrzenia motywowane są tym, że na końcu
zwróciłam uwagę na twarz. Wpierw rzuciły mi się w oczy długie blond włosy,
zadziwiająco błyszczące, chyba niefarbowane. Utkwiłam spojrzenie w jej twarzy…
i to był mój błąd. Widziała, że patrzę. Odwzajemniając spojrzenie lustrowała
mnie wzrokiem, który mógłby wyrażać wszystko. Nie wiedziałam, czy mnie nie
znosi, czy wręcz przeciwnie- intryguję ją. Ja i moje niskie poczuje wartości
mieliśmy już swoje zdanie na ten temat. Szybko odwróciłam wzrok. Zdążyłam tylko
jeszcze zarejestrować pełne usta, uwydatnione jeszcze czerwoną szminką, mały,
zgrabny nosek i duże błękitne oczy. No, no, chyba jestem profesjonalistką,
jeśli chodzi o obczajanie kobiet w dwie sekundy. Podejrzewałam z kim mogę mieć
do czynienia (albo i nie), ale nie traktowałam tego jako pewnik. Nie wolno
oceniać książki po okładce.
Nieznajoma zrobiła krok w moją stronę. Odruchowo cofnęłam się,
wpadając przy okazji w starą babcię. Wybąkałam przeprosiny, a ta zabiła mnie
wzrokiem. Pospolity moher! Skierowałam swój wzrok z powrotem na nieznajomą. Ona
jednak założyła ciemne okulary, więc nie mogłam jej kontrolować. Spojrzałam na
wyświetlacz, by dowiedzieć się kiedy wysiadam. Jeszcze trzy przystanki, no nie!
A może by tak mały spacer? W sumie to… nie mam siły. Wytrzymam. Niechże tylko
ta „urocza” pani sobie stąd pójdzie. Stoi za blisko. Czuję jej mocne perfumy.
Mdli mnie. Zaraz jej coś powiem! Akurat, nie będę się pierwsza odzywać. Ani
druga. W ogóle nie będę. Zaraz… chyba zniknęła. Wciągnęłam powietrze. Nie, stoi
za mną.
- Cześć… - doszło mnie gdzieś zza moich pleców. Głos miała
zadziwiająco niski. Przeszedł mnie dreszcz; czy my się znamy? Czego ona ode
mnie chce? A może to kryminalistka? Przez dłuższą chwilę nic nie mówiłam, więc
nieznajoma kontynuowała:
-Tak się wahałam czy podejść, zagadać… więc w końcu to
zrobiłam.
- Czy my się znamy? – zebrałam się na odwagę i zapytałam w
końcu.
- Chyba nie.- dziewczyna przemieściła się tak, że teraz stała
koło mnie. Wciąż nie zdjęła tych okularów, co ewidentnie nie budziło zaufania. –
Ale możemy się poznać. Jestem Sandra. – podała mi dłoń. Stałyśmy tak blisko
siebie, że uściśnięcie ręki było wręcz gimnastycznym wyczynem.
- Kasia. Miło mi,
tylko dalej nie wiem czemu do mnie zagadałaś. – odparłam zmieszana
- A czemu nie? –
zdjęła na chwilę okulary i puściła do mnie perskie oko. Nie podobało mi się to
ani trochę.
Na powrót je założywszy kontynuowała:
- Bo wiesz… mieszkam tu od niedawna. Stolica jest taka
wielka. A ja… czuję się niewiarygodnie
samotna. – i leczysz to takim wyglądem
tak, tak, to z pewnością pomoże. – No i widzisz Kasiu, muszę sobie szukać
znajomych w tramwaju. – zakończyła swój „filozoficzny” wywód. Mój Boże typowa
blondynka! Nie znoszę takich. Całe szczęście, że już muszę wysiadać.
- Słuchaj miło było poznać, ale tu jest mój przystanek.
Lecę, hej! – oznajmiłam i chciałam ruszyć do drzwi.
- Poczekaj, masz tu mój numer, jakbyś potrzebowała pomocy to
dzwoń. Jestem fryzjerką w pobliskim salonie. Nie żeby twoje włosy tego wymagały,
bo prezentują się świetnie, ale jak coś, to wiesz gdzie mnie szukać. – podała mi
swoją wizytówkę, prezentując w uśmiechu swoje śnieżnobiałe zęby. Wydawał się
być szczery. Z doświadczenia wiedziałam jednak, by nie ufać blondynkom.
- Dziękuję. Ok, będę pamiętać. Cześć. – skierowałam się do
drzwi, bo tramwaj właśnie się zatrzymał.
- Do zobaczenia! – krzyknęła mi na odchodnym Sandra.
W końcu opuściłam ten nieszczęsny środek transportu. Miałam
sporo szczęścia, bo pierwszy lepszy tramwaj, w który wsiadłam zawiózł mnie
prawie, że pod sam dom. Przecięłam podwórko i pospieszyłam co prędzej do mojej
bramy. Było już całkiem ciemno. Koło ławki stało kilkoro mężczyzn. Nie znałam
ich. Nawet jeśli, to mieli bluzę z kapturem, co skutecznie uniemożliwiało ich
identyfikację. Chciałam przemknąć się bezszelestnie, niezauważona, jednakże ta
sztuka mi się nie udała. Jeden z chłopaków odwrócił się w moją stronę i
krzyknął:
- Hej laleczko, napijesz się z nami wina?
Pozostali gwizdali lub rechotali, co było niezmiernie denerwujące.
Zaraz im dam laleczko! Drugi dodał:
- Seba nie wygłupiaj się, przecież my mamy tylko piwo.
- Chce być elegancki sukinsyn. – dopowiedział trzeci.
Wszyscy byli mocno wstawieni. Nie mówiąc nic przemknęłam jakoś
do klatki. Zabrałam się do wpisywania kodu. Co jest? Nie wchodzi. Zmienili? No super, akurat w takiej chwili, gdy jak najszybciej chcę dostać się do środka. Spojrzałam przez ramię. Dalej tam byli i wciąż wgapiali się WE MNIE. Chyba przesadzam, ale wolę uważać z takimi typami. Postanowiłam zadomofonować do sąsiadki.
- Kto tam? - odezwał się skrzeczący głos pani z naprzeciwka
- Ee... Kasia. Zdaje się, że zmienili kod do drzwi.
- Ach tak, w istocie, trzeba było. Wchodź.
Trzeba było? Czemu? Co to jakieś włamanie było? Wolałam nie wiedzieć. Pospiesznie podążyłam w kierunku windy. Wysiadłam na swoim piętrze i już, już miałam otwierać drzwi od domu, aż nagle ktoś chwycił mnie za ramię.
- Poczekaj. - Ach to sąsiadka.
- Dobry wieczór. - przywitałam się jak na grzeczną dziewczynkę przystało. - Nie zbudziłam pani?
- Dobry wieczór, nie, nie ja zawsze się kładę późno. Musimy porozmawiać. - spojrzała na mnie jakby przestraszona.
- Coś się stało? Niewyraźnie pani wygląda. - że też ja zawsze muszę palnąć coś a`la z reklamy. W tym przypadku Rutinoscorbinu. Moja rozmówczyni jednak jest w takim stanie, że nie łapie żadnych skojarzeń. I całe szczęście.
- W istocie, tak też się czuje. Powiedziałabym na dodatek, że niepewnie.
Nie trzymam cię już dłużej w niepewności, widzę jaką masz minę. Spokojnie nikomu nic się nie stało, ale sytuacja jest wielce niepokojąca.
Patrzyłam na nią wyczekująco. Będzie niegrzecznie popędzać, a niech tam!
-... więc ?
Pani Racławska, bo tak też się nazywała moja sąsiadka, spojrzała na mnie znad swoich okularów. "No niechże już powie o co jej chodzi, bo mi się spieszy." - pomyślałam.
- Parę godzin temu było włamanie pod siódemką.
Oh...
- To rzeczywiście niepokojące. A co z lokatorami? - spytałam
- A co ma być? Są na zagranicznych wczasach.
- Wiedzą? - nie wiem skąd nagle u mnie taka ciekawość, niczym u typowej osiedlowej plotkary. Nie mniej jednak zaintrygowało mnie to. Albo raczej- zaczęłam się obawiać o samą siebie. Z naciskiem na samą.
- Podobno nie można się do nich dodzwonić.
- Oj to niedobrze. Jak więc i kto się zorientował, że było włamanie?
- Nie sposób było tego nie słyszeć, byli dość... głośni. To jeszcze żółtodzioby, nie mieli doświadczenia i prezycji. I dzięki Bogu.
- Tak, racja. To ja już pójdę. Dobranoc - postanowiłam ukrócić konwersację, która ze względu na temat-rzekę, mogłaby się ciągnąć godzinami.
- Dobranoc i uważaj na siebie dziecko.
- Dobrze będę. - to powiedziawszy przekręciłam klucz i weszłam do mieszkania. Rozglądnęłam się wokół- wszystko było na swoim miejscu. No nie, teraz przez to włamanie moja paranoja jeszcze się pogłębi. Podążyłam do kuchni by zrobić sobie herbatę. Zanim jeszcze zaświeciłam światło ujrzałam czerwone miganie, emitowało ono z telefonu. Wiadomość na stacjonarny? Rzadko się to zdarzało. Tylko w wielce oficjalnych sytuacjach. Wzięłam głęboki oddech i zabrałam się za odsłuchiwanie...
c.d.n
- Kto tam? - odezwał się skrzeczący głos pani z naprzeciwka
- Ee... Kasia. Zdaje się, że zmienili kod do drzwi.
- Ach tak, w istocie, trzeba było. Wchodź.
Trzeba było? Czemu? Co to jakieś włamanie było? Wolałam nie wiedzieć. Pospiesznie podążyłam w kierunku windy. Wysiadłam na swoim piętrze i już, już miałam otwierać drzwi od domu, aż nagle ktoś chwycił mnie za ramię.
- Poczekaj. - Ach to sąsiadka.
- Dobry wieczór. - przywitałam się jak na grzeczną dziewczynkę przystało. - Nie zbudziłam pani?
- Dobry wieczór, nie, nie ja zawsze się kładę późno. Musimy porozmawiać. - spojrzała na mnie jakby przestraszona.
- Coś się stało? Niewyraźnie pani wygląda. - że też ja zawsze muszę palnąć coś a`la z reklamy. W tym przypadku Rutinoscorbinu. Moja rozmówczyni jednak jest w takim stanie, że nie łapie żadnych skojarzeń. I całe szczęście.
- W istocie, tak też się czuje. Powiedziałabym na dodatek, że niepewnie.
Nie trzymam cię już dłużej w niepewności, widzę jaką masz minę. Spokojnie nikomu nic się nie stało, ale sytuacja jest wielce niepokojąca.
Patrzyłam na nią wyczekująco. Będzie niegrzecznie popędzać, a niech tam!
-... więc ?
Pani Racławska, bo tak też się nazywała moja sąsiadka, spojrzała na mnie znad swoich okularów. "No niechże już powie o co jej chodzi, bo mi się spieszy." - pomyślałam.
- Parę godzin temu było włamanie pod siódemką.
Oh...
- To rzeczywiście niepokojące. A co z lokatorami? - spytałam
- A co ma być? Są na zagranicznych wczasach.
- Wiedzą? - nie wiem skąd nagle u mnie taka ciekawość, niczym u typowej osiedlowej plotkary. Nie mniej jednak zaintrygowało mnie to. Albo raczej- zaczęłam się obawiać o samą siebie. Z naciskiem na samą.
- Podobno nie można się do nich dodzwonić.
- Oj to niedobrze. Jak więc i kto się zorientował, że było włamanie?
- Nie sposób było tego nie słyszeć, byli dość... głośni. To jeszcze żółtodzioby, nie mieli doświadczenia i prezycji. I dzięki Bogu.
- Tak, racja. To ja już pójdę. Dobranoc - postanowiłam ukrócić konwersację, która ze względu na temat-rzekę, mogłaby się ciągnąć godzinami.
- Dobranoc i uważaj na siebie dziecko.
- Dobrze będę. - to powiedziawszy przekręciłam klucz i weszłam do mieszkania. Rozglądnęłam się wokół- wszystko było na swoim miejscu. No nie, teraz przez to włamanie moja paranoja jeszcze się pogłębi. Podążyłam do kuchni by zrobić sobie herbatę. Zanim jeszcze zaświeciłam światło ujrzałam czerwone miganie, emitowało ono z telefonu. Wiadomość na stacjonarny? Rzadko się to zdarzało. Tylko w wielce oficjalnych sytuacjach. Wzięłam głęboki oddech i zabrałam się za odsłuchiwanie...
c.d.n